Mieczysław Patoczka

 

P A M I Ę T N I K   E M E R Y T A

 

Nowy Jork, 2005

Wydanie III poprawione i rozszerzone

 

 

 

Poświęcam swoim Synom

Autor

18 lutego, 1989 rok



 

      

Od autora:

 

Niniejszy pamiętnik powstał wyłącznie dzięki inicjatywie mego syna Jurka, za co Mu tą drogą chciałbym podziękować.  Dla wyjaśnienia sprawy, muszę zaznaczyć, że zacząłem pisać i to do “szuflady”, dopiero po przejściu na emeryturę, chcąc się wypowiedzieć na istniejące stosunki, oraz by utrwalić przeżycia z okresu lat wojny i związane z tym okresem nieprzemijające stresy.  Wyjazd obu moich synów za granicę, Jurka na stypendium naukowe do Stanów, a szczególnie Andrzeja z żoną Ewą i ukochanym (bo pierwszym!) wnukiem Adasiem do Kanady i pozostanie Ich na emigracji po ogłoszeniu stanu wojennego, nasiliły moje pisanie, ale wszystko to szło w dalszym ciągu do “szuflady”.  Nie bez znaczenia była próba zatrzymania młodszego mego syna Andrzeja z rodziną (a w szczególności małegoAdasia) przed emigracją i Jego starania wspólnego z nimi odlotu do Kanady,w czasie naszego pobytu u Nich w Paryżu (ujęte w Odyssei Rodzinnej).  Dopiero jednak inicjatywa mego syna Jurka, który te opracowania  zestawił, przygotował do druku, wydał w Nowym Yorku i przysłał mi gotowe egzemplarze, robiąc mi tym ogromnie miłą niespodziankę (wprost szok), jak również potem życzliwe przyjęcie “Pamiętnika” przez znajomych i przyjaciół, zmobilizowało mnie do opracowania drugiego wydania, zawierającego dodatkowo szereg nie ujętych w poprzednim wydaniu, oraz napisanych w międzyczasie “sprawozdań” z odbytych różnych wycieczek, (a raczej wypraw).  Szczególnie wyjątkowa była wspólna rodzinna wycieczka z kraju na “Dziki Zachód”, zorganizowana i sfinansowana przez Jurka poprzez najpiękniejsze tereny i parki narodowe Ameryki która została przez Niego przygotowana w najdrobniejszych szczegółach, tak że bez przerwy byliśmy z żoną mile zaskakiwani nieoczekiwanymi sytuacjami.  Tą drogą chciałbym jeszcze raz podziękować moim synom Jurkowi  za inicjatywę wydania, Andrzejowi za inicjatywę przy  “Odyssei”, oraz żonie Danieli za życzliwe uwagi i pomoc.


 

 

1.  ODYSSEA RODZINNA

 

1.1.  Prolog

       (Wyznanie emeryta)

 

I tak się to zaczęło!

 

     Dziwny to był roczek,

     zaczął się typowo,

     paszporty,  przyczepa,

     samochód i w drogę!

 

          Kiedy tylko słońce,

          zaczęło dogrzewać,

          dom na cztery spusty;

          “Panie Boże prowadź”!

 

                Lecz tym razem do wnuka,

                jest droga daleka,

                a z pustymi rękoma,

                przyjechać się nie da!

              

Jakieś książki, łakocie,

lecz i słów potrzeba!

 

     Tak mi rzece Babunia:

     “Niech Dziadzio pomyśli,

      może coś mądrego,

      dla wnuka się przyśni”!

 

 

 

 

            I tak się to zaczęło,

            jadąc godzinami,

            Dziadzio głowę suszył

            i bił się z myślami.

 

                 W takt szmeru silnika,

                 swe myśli dyktuje,

                 a Babcia na prędce,

                 byle gdzie spisuje.

 

Dziadzio na postoju,

przy świetle księżyca,

całe te “bazgrały”,

na papier przemycał!

 

      Jakieś dziwne slogany,

      po głowie mu plączą,

      same się składają

      i rymami trącą.

 

           Tak, to dzięki Babci,

           płaczu co niemiara,

           Dziadzio wiersze zmyślał,

           Babcia spisywała.

 

Frydman, czerwiec 1983 rok

 


 

1.2.   Do Adasia

 

Gdy trzy latka miałeś,

Babci nie widziałeś.

 

     Babusia była daleko,

     nad Rabą rzeką,

     kamyczki rzucała

     i za Adasiem płakała.

 

          Dziadzio się zlitował,

          przyczepkę szykował,

          ołówkiem postukał

          i po mapie szukał...

 

                Gdy wyprawę zgotował,

                przez Europę wędrował,

                Babcia w wozie siedziała

    bez przerwy płakała!

 

Po wielu przygodach,

długich autostradach,

przyczepka ze Skodą

do Paryża zjechała.

 

     Było tyle krzyków

     i wiele uśmiechów,

     Adasia Babusia

     nareszcie ujrzała,

 

            Co go uściskała,

            to znowu płakała!

 

Paryż, lipiec 1982 rok.

 

 


 

1.3. Wspomnienia z Paryża

 

Gdy już wszystkie wieści sobie przekazali,

wsiedli w Mercedesa i Paryż zwiedzali.

Tatuś oprowadzał, wszystko pokazywał,

z tyłu Adaś z Babcią, ciągle dokazywał.

 

      A Mamusia Ewa, o wszystkim myślała

      i po Euromarchach 1 zaopatrywała.

      I tak po kolei: Wersalu ogrody,

      Tu Plac Inwalidów i te Eifla schody...

 

            Po komnatach Luwru snuli godzinami,

            Adaś z Rodzicami przy aucie czekali.

            A wieczorną porą telefon włączali

            i z Wujciem Jureczkiem długo rozmawiali,

  

   O sprawach i sprawkach, w słynnym

   Kraka grodzie,

               o przyszłej w Kanadzie rodzinnej przygodzie...

               Tak sobie jeździli, wszystko oglądali,

               a najczęściej z Adasiem Rabę wspominali.

 

Tam bystra woda, po kamieniach toczy

i szumi i błyska, ze słońca bolą oczy.

Albo wczasy nad Białką, co w Dunajec wpada,

wśród poziomek i malin, wkoło woda sama

 

     Gdzie Adaś maleńki składał pierwsze zdania,

     a spał przy Dziadziusiu w przyczepce do rana,

     potem, wprost z okienka zrywał sam jagody,

     z powagą smakując, zerkając do wody.

 

          Teraz w obcym kraju bystro wypatruje,

           tylko Mamę i Tatę pilnie obserwuje,

           by mu w ciżby tłumie nie znikli za rogiem.

 

 

 

 

                 On nic nie rozumie, po co dalej i dalej,

                 od bliskich i kraju ciągle uciekają,

                 za spokojem i chlebem - stale coś szukają!

 

Tak zwiedzając starą metropolię świata,     

złe myśli nachodzą i chęci furiata!

A tu cudne Luwru zbiory i obrazy,

w mgle się rozpływają rygory, nakazy.

 

     Zamiast cieszyć oczy cudami Paryża,

     ciągle myśli wracają, do Polskiego krzyża!

     Jeżdżąc Mercedesem, wśród potoków ludzi,

     trudno to zrozumieć co się w sercu budzi.

 

          Za jakie grzechy, jakie przewinienia,

          tułają się po świecie Polaków nasienia?

          Najlepsze dzieci, najbystrzejsze syny,

          (a w kraju, przy korycie, same s...)

          nie mogą we własnej ziemi, zapuścić korzeni.

 

               Tak daleko od kraju, próbują na nowo

               rozpoczynać życie! (I znowu ab owo...)

               Tak to wszystko razem, z radości spotkania, 

                najniespodziewaniej, przyszły rozmyślania?!

 

  

 

 

 

 

 Lecz jeszcze przed nami, całe dwa tygodnie!

 Pojedziemy razem na wakacje “modne”.

 

                                            Budwa, sierpień 1982 rok

 

 

 

1.4. Wspólne wakacje

 

Teraz wspólna jazda, (wakacje, czy praca?)

Przez zasobne kraje Europy swobodnej,

przez granice bez granic i bez kontrolerów,

pełne dóbr wszelakich, bez żadnych problemów.

 

     Dostępne dla każdego bez przynależności,

     dla białych, czy żółtych, czy mieszanych gości.

     I znowu refleksja, jak wąż jadem truje!

     Zamiast cieszyć oczy, to w serce mi kłuje.

 

           Tylko szczebiot wnuka i jego problemy,

           ściągają na ziemię, (na której żyjemy!).

           Lepiej więc zostawić wnuka z rodzicami,

           niech swoje problemy rozwiązują sami.

 

              I tak każde pokolenie, musi wciąż na nowo,

              szukać miejsca i celu, każdy swoją drogą!

 Więc w noce bezsenne, myśli w głowie plączą

              i ręka bezsilna swędzi, na bez radę losu!

 

Jak zgłębić tajemnicę, ludzkiego istnienia

i radość i smutek, los i przeznaczenia,

a świat ma swój porządek, który się nie zmienia!

 

     Tak jadąc samotnie, Mercedesa śladem,

     z oporną przyczepą, (jak na żółwiu okrakiem),

     mogłem godzinami ciągnąć rozmyślania,

     z dala wypatrując “bliskich” poczynania,

 

          Tam wesoło gawędząc, słuchali szczebiotu,

          daremnie Wnuka odwracając, od Dziadzia widoku,

          absorbując Go  ciągle, w troskliwe pytania,

          a On wciąż do tyłu, do Dziadzia przemawiał.

  

               Te cudne biwaki, na leśnych polanach,

               spacery do rzeki, lub z piłką zabawa!

               Albo te miasteczka, w Alpejskich dolinach,

               zatłoczone mrowiem ze świata, pielgrzymów,

 

 

Sznury aut wszelakich, na przełęczy szlakach

i wąż świateł, w tunelu Świętego Bernarda!

Przy wylocie powiew śródmorskiej krainy,

coraz cieplej i parniej i wnet port Genui.

 

     Tak już niedaleko, naszej wspólnej drogi,

     do starej Florencji, gdzie rozstania trwogi.

     Tam znowu szczyty przeżyć, co krok nieprzytomne,

     jak dziedziniec “Officium”, skąd nie można odejść,

 

          Tylko siedzieć na stopniach, jak przed tym ołtarzem

          i słuchać i patrzeć i być z tłumem razem!

          Wtedy wszystkie sprawy, maleją od razu,

          do mizernych wymiarów, zwykłego obrazu,

 

               A zostaje sztuka, tylko czystej wody,

               jak prawda i piękno, niezwykłej urody.

               Orkiestra oberwańców, swawolnych muzyków,

               pałac Pittich i Strozzich i te odwiedziny,

 


 

 

 

 

 

 

Lampka wina i taniec “Princessy” dzieciny,

faktoria Cuzona, wśród wzgórz winorośli

i spotkanie przy winie, z ostatnim ze Strozzich2.

 

     Tam też, męska decyzja - krótkie pożegnania,

     kurs na port Ankona, nie ma odwołania...!

 

Ankona, październik 1982 rok


 

1.5. Rozstajne drogi

 

Kiedy los jest tak srogi i rozdzielił rodziny,

wiózł Dziadzia Babcię, w dalekie krainy,

coraz dalej od swoich, coraz dalej od kraju,

coraz dalej od bliskich, od tych co kochają!

 

    

     Za siódme góry, za morza, za rzeki...

     niech sam czas zaleczy, czerwone powieki.

     Dziadzio się zamyślał i jechał pomału,

     bo czasu miał dużo, a sił nie stawało.

 

          Coraz dalej i dalej, gaz dodawał Skodzie,

          złe myśli chce zostawić i pogubić może...?

          Tak do brzegów morza, dobili w Ankonie,

          gdzie miejsca dostali na “Słowenii” promie,

 

               By po nocy bezsennej, (tylko pod gwiazdami),

               zobaczyć Dubrownik, zlany promieniami

               wschodzącego słońca, długich cieni w wodzie,

               powspominać  przeszłość, na tej znanej drodze,

   szukać miejsca na nocleg, dać odpocząć Skodzie...

 

 

 

 

Tu po znanych już brzegach, (lecz teraz zmienionych),

wstrząsami ziemi gmachów pozbawionych,

starych prawie nie ma, nowe jakieś nowe,

chcieli szukać wspomnień i pogwarków dzieci

 

     I tak na wspomnieniach czas im szybko leci.

     A tam pewnie Adaś z swymi rodzicami,

     walizki pakuje i na “Jumbojeta” pilnie wyczekuje,

     co Go do Kanady pachnącej przerzuci,

     gdzie ich własny domek i pianino kusi...!

 

          I dopiero Budwa, cała zdruzgotana,

          strudzonych wędrowców, na noc zatrzymała,

          a ludzie przyjaźnie o wszystko pytają,

          przez co troski rozłąki szybko zanikają.

 

              Lecz gdy słońce się schowa za góry wysokie,

               wnet z ciszą nachodzą wspomnienia głębokie,

               codzienna tęsknota za czasem minionym!

 

Te czasy niedawne, tak nagle skończone,

kiedy w ferie szkolne, w te znajome strony,

z dziećmi przyjeżdżali i w przyjaciół gronie.

 

   Teraz, każda skała, lub szczegół maleńki,

   odświeża minione z przed laty włóczęgi!

   Wtedy Dziadzio, na rybki zabiera przybory:

   wędkę z żyłką, haczyki i całe przypony,

       

          A Babcia, jak tylko jedzenie zgotuje,

          łzy ukradkiem ociera, w kątach popłakuje,

          a w chwilach spokoju, przy stole zasiada,

          pisze długie listy, lub dręczy sąsiada.

  

               Zrozumieć nie może, co ich tu przywiodło,

               bez wnuka i dzieci, jak było przed laty,

               gdzie dorodne smyki, a później chłopaki,

               wokół ojca robili krzyk i zamieszanie.

 

Biegali po skałkach i kąpiąc się w morzu,

pływając w maskach pod wodą, lub ciągnąc na holu,

ponton, kajak i kuszę, lub inne cudeńka,

cały dzień do zmroku, bez przerwy maleńkiej,

 

     Wrzucali do gardeł, co się daje spożyć:

     omlet z pięciu jajek, na całą patelnię,

     papryki nadziane ryżem razem z mięsem,

     co Mama zgotuje, niekiedy ogórek,

     lub nieopatrzna ryba, zwabiona na sznurek!

 

          Albo te konkursy młodych obżarciuchów!

          Dla ich dokarmiania i zapadłych brzuchów,

          wszystkie ich zamówienia, były wlot spełniane

          i skrzynkami brzoskwiń zaraz nagradzane.

 

               Dla Mamy ich życzenia, były rzeczą świętą!

               Takie były czasy!  - Teraz, pachnie miętą!

 

Woził Dziadziuś Babcię, na tej swojej Skodzie

i po autostradach i po koziej drodze,

po pięknych zatokach i górskich ostępach,

aż Skoda do przyczepki: “Ale nas zamęcza”!

 

     Nie chce Dziadzio opuścić, nic z pięknej krainy!

     (Jak w rodzinnym kraju, “dzielne” partii syny!)

     Lecz droga daleka, pełno spraw po drodze,

     jedzie Skoda jedzie, dojechać nie może,

 

         

 

 

Do beztroskiej Grecji, - gdzie złociste morze,

troski i nostalgie, kąpać w czystej wodzie!

Lecz już coraz bliżej, znajome już drogi.

            Teraz każdy zakręt, wspomnienia przywodzi.

 

               Tutaj, stały biwak, na dzikiej polanie,

               gdzie, starzy z młodzieżą, mecze rozgrywali,

               wieczorem przy księżycu, z gitarą śpiewali.

 

Wszystko dziś nie realne, wspomnień mgłą spowite,

zatraciło sens w czasie, gdzieś na dnie ukryte,

nabiera nowe wymiary i nowe też znaczenia,

a droga przed nami, coraz to się zmienia.

 

     Zamiast dzikich odłogów, nowe stoją domy,

     przyczepka hamuje te nasze zapędy,

     którędy jest bliżej i mniej strome skręty.

     Ręce kierownicą kręcą bez ustanku,

     a nogi na pedałach skaczą jak przy tańcu.

 

          Długo nie zapomni, Dziadzio swej przygody,

          jak korbą od przyczepy, bronił nocą Skody!!!

 

                (Gdy półnadzy “zbóje”, z albańskiej granicy,

                na Kosowym Polu, koło Mitrownicy,

                bagaże ściągali z dachu śpiącej Skody,

                do lasu przenosząc, gdzie mieli podwody)!

 

Skacząc po kamieniach, but na lewej, prawy,

ręką podtrzymując spodnie od piżamy,

wywijał korbą, jak mieczem, nad głowami cieni,

by zmusić do ucieczki te uparte hieny!

 

     Pocieszny to był widok!...Babcia przy drzwiach stała,

     gdy cień się pokazał, siekierką machała,

     ale jak się zbliżał,...zaraz się chowała!

 

          Dziadziuś, zamiast nocą snu słodko zażywać,

          musiał przyczajony w ciszę się wsłuchiwać,

          łowić odgłos nocy i wytężać oczy,

          by zbójcom przyczajonym, nie dać się zaskoczyć!

 

               Lecz na nasze szczęście droga pojaśniała,

               ciężarówka z ludźmi szybko się zbliżała.

               Sytuacja nagle inna, zaraz wszystko zmienia,

               zaspany milicjant i szofer, kiedy wyszli z cienia

  wystarczyła na szybką rejteradę cieni.

 

Tylko stukot nóg bosych, biegnących po ziemi,

tylko łupy porzucone, wśród lasu zieleni,

dały powód do dumy, rozbudzonej “władzy”,

tak więc “pod opieką”, wieś tę opuszczamy!

  

     Szybko przejeżdżamy niegościnne drogi,

     dwie granice, Kulatę i Salonik tłoki,

     by poczuć powiew morza rozległego,

     bez ciżby tłumu, gwaru wszelakiego.

 

          Tutaj złoty piasek i fala gorąca,

          są oliwki cieniste i woda szumiąca.

          A nad nami lazur nieba błękitnego,

          na którym bez przerwy od rana do nocy,

          rozpalone słońce świeci i migoce.

 

               Zaraz tu inaczej! Serce mocniej stuka,

               patrzy wokół radośnie i przyjaciół szuka!

           

                                                        Subotica, 14 październik 1982 rok

 

 


 

1.6. Zatoki Sitonii

 

Gdzie Sitonii3 zatoki rozległe przestrzenie,

gdzie gaje oliwne, a w nich z rzadka cienie,

z boku tam, tablica na parkingu stała

i wszystkim przejezdnym nazwę obwieszczała:

 

     “Joanis Beach4 - tak ją tu nazwano.

     Miłe to skojarzenia, na myśl nasuwało.

     Rzut oka na plażę z wysokiego brzegu,

     oliwkowe wzgórza, turystów niewielu.

       

          Choć do Joanisa “naszego” jazdy już niewiele,

          tu pył wędrówki nam zostawić trzeba,

          wyprostować nogi i przymknąć powieki

          bez przerwy przywiązane, do wstęg dróg dalekich,

 

                Do zakrętów nagłych, podjazdów wysokich,

                by omijać pułapki, niebezpieczeństw srogich.

 

Joanis! - On sam pasał kozy, stado blisko dwieście,

z drugiej strony Sitonii - sam żył w Satri mieście,

gdzie rodzina cała, żona Katarina, co “la, la” śpiewała,

gdy On doił kozy, lub spędzał na leże.

Syn - strażnik ogniowy, co wybrzeża strzeże.

 

     Joanis teraz daleko, w wąwozie, ma swoje wypasy,

     na noc schodzi w zatokę, od dzikiego zwierza,

     z jednej strony stok stromy, z drugiej morza brzegi,

     cztery psy duże, muł, namiot do osłony,

     z zapasami jadła, w czas deszczowej pory.

 

 

 

 

          Tam On czeka na nas, jak zeszłej jesieni,

          by w bezludnych plażach, wieczory długimi,

          rozprawiając o wszystkim co ślina przyniesie,

          sącząc wino lub kawę, gdy kozy posnęły.

 

               Tam psy głos dawały, w ciemną nocy ciszę,

               niosąc echo wysoko, aż po same szczyty,

               zwierza dzikie płosząc, co chodzi stronami.

 

Iskry z ognia szły w górę, przy księżyca blasku,

ciche szmery fali, w błyskach “stąpanego” 5 piasku,      

kąpiele przy księżycu, na lustrzanej tafli,

 

     Bez jednej choćby zmarszczki i poszumu fali,

     tylko skoki rybek, od czasu do czasu,

     płoszonych przez drapieżców, głębin morza władców!

 

          Często tak aż do rana, gdy błyskały zorze,

          słuchaliśmy śpiewów i tańców nad morzem,

          popijając winem pieczone suwlaki,

          lub żarem przysypane, rodzime ziemniaki.

 

                Młodzież  tessalska, co w niedzielne wczasy,

                zjeżdżała nad zatokę, na morskie biwaki,

                we dnie łowiąc ryby i kąpiąc się w morzu,

                by nocą na piasku zasypiać w śpiworze,

 

Lub tańcami do rana przy śpiewnej muzyce,

wesoło hasać jak bezgrzeszne dzieci!

Takie to przypomnienia, na myśl mi wracały,

gdy tylko odpoczniemy, zaraz w drogę dalej.

 

     Niestety, tego nie wiedziałem, gdy się zatrzymałem,

     że w przewiewnym cieniu, przy nadmorskiej fali,

     wkrótce mowę usłyszę śpiewną i jakby znajomą

     podobnych samotników z wrocławskiego grodu,

 

          Szukających tu ciepła, no i zapomnienia

          - chcących uciec od tego, od czego się nie da,

          od swojego losu!  Złudne to nadzieje!

 

               Tymczasem woda czeka i piasek się grzeje.

               Lecz, gdy tylko członki wymoczone w

   wodzie spoczęły

               w cieniu, daremno wzywały obowiązków moce,

               żadna nas teraz siła do drogi nie zmusi!

 

Tylko chłód nocy, przy księżyca blasku,

tylko rozmyślania, do białego brzasku,

Zaraz też długie, rodaków rozmowy:

O sprawach przyziemnych, tak zwanych “bytowych”,

 

     Potem flaszka wina, lub kropla mocniejsza,

     by język rozwiązać i dobrać do “mięsa”!

     Pani władczo Pana, trzyma pod “obcasem”!

     A On tylko: Janisiu! - (Od czasu do czasu ).

 

          W wodzie Ją popycha, (leżącą na fali),

          na brzegu osłania od słońca, (z oddali). 

          Obiad gdy zgotuje, to zmywa naczynia,   

          (takiej to udręki, nikt by nie wytrzymał!),

 

               On tylko pokornie, w oczy Jej się łasi,

               by Go nie zganiła, - (niech to porwą kaci!).

               Gdy się tylko oddali, cokolwiek od brzegu,

               zaraz do raportu! - (Mój panie kolego!)

 

W nagrodę - piękna tunika na Jej starcze ciało,

i coraz coś nowego, Jej się dostawało!

Lecz co to? - Czy oczy moje, czy wzrok mi się myli?

Nie! - To nasz znajomy “Tango6, w jednej chwili,

 

     Zajeżdża swoim wozem i wszystkim się kłania,

     wszem i wobec głosząc, że to jego plaża.

     On wszystkim zezwala, tu koczować można,

     (tylko dać mu popić i “tańcować” co dnia!),

 

          Co piękniejsze panie, (co obfitsze kształty),

          mają też u niego specjalne ryczałty!

          Codziennie wieczorem, gdzie indziej się zjawia,

          szuka gdzie jest lepsza, obfitsza zabawa.

 

                Szybko znalazł “Niemce”,

    co w nieświadomości

                dali mu gościnę i tańczące “kości”!

 

                     Do późnych godzin nocnych,

         tańczył nieprzytomnie!

                     Trząsł mu się brzuszek, opadały spodnie.

 

Tak minęło dni pare, czas więc w dalszą drogę,

co spojrzę na szosę, znów czuję się gorzej.

Lecz gdy po sąsiadach zostało ognisko,

trzeba było się zebrać i zostawić wszystko,

 

     Bo do Joanisa, jak się już wspominało,

     trzeba jechać szybko, bo na drodze wrzało,

     asfalt żarem bije, powiewu niewiele,

     tylko szybka jazda, prowadzi do celu.

 

          Objeżdżamy w słońcu, Sitonii wybrzeże,

          wstępujemy do Satri, w Joanisa leże.

          Lecz w domu tylko żona, Katariną zwana,

          rozmowa z Nią na migi, Ona nam jest znana.

 

               Częstując owczym serem i syropem z wiśni,

               zna nas z opowiadań, Joanisa pieśni.

               On sam siedzi w górach, ze swoją owczarnią,

               Opuszczamy więc Satri, tę mieścinę marną,

 

ňegnamy Katerinę, czasu już niewiele

pożegnać Joanisa, oto nasze cele!

Księżycowa zatoka z góry tajemnicza,

w dali szczyt Atosu, ze sierpem księżyca.

 

     Z bliska - piękna była to plaża! - Teraz ogrodzona,

     betonowe słupy, “betonowe” rożna!

     Pawilony długim szeregiem, jak w mieście!

     To, już nie to samo! - To nie dla nas miejsce!!!

                   


 

1.7. Greckie kąpiele

 

Dwa razy księżyc przemienił się złoty,

jak obok nad zatoką rozbili namioty,

Dziadziuś i Babusia z przyczepką i Skodą.

 

     Po co i dlaczego? Skąd to wiedzieć mogą

     pasterze owiec i nocni rybacy?

     Babusia Dziadziowi podaje na tacy

     obiad do stolika, a Dziadzio gdy poje,

     zaraz z torbą znika!

 

          I daleko po skałach, samotnie wędruje,

          aby znaleźć miejsce gdzie się dobrze czuje

          i nikt mu nie przerwie wątków zamyślenia.

 

               Tam może spokojnie rozpatrzyć zdarzenia,

               ostatnich tygodni, bliskich poczynania,

               radości powitań i gorycz rozstania,

               wszystko poukładać, segregować skrzętnie,

               co w nawale przeżyć wygląda tak mętnie.

 

Nagle wszystko pryska, ucieka na jawie,

oczy kraba zimne, wlepione ciekawie,

z za skały wypatrują nieznanych intruzów,

po nogach zaś szczypią, raczków całe zgraje,

ostrożnie wyłażąc, z każdej dziury prawie.

 

     Wkoło szumi morze - żar z nieba się leje!

     Trzeba szukać chłodu, pod oliwką w cieniu,

     albo ciągle nużać ciało w ciepłej wodzie,

     by zaznać wytchnienia w przedwieczornej porze.

 

          A tymczasem Babcia, cały czas plażuje,

          to kąpie się w morzu, to się wyleguje

          i tylko z daleka, za Dziadziem spoziera,

          jak tańczy po skałach i pozycję zmienia.

 

               Czy już sobie przypomniał, (jak Bogi z Parnasu),

               zjeść coś i popić, od czasu do czasu!

               To by było na tyle, by jasno postawić,

               codzienny rytuał, wakacyjnej sprawy.

 

Siedzi Dziadzio z Babcią nad grecką zatoką,

księżyc z góry świeci, wszystko widać wkoło.

W krzakach i nad nimi, cykady cykają,

całymi nocami spać nie pozwalają!

 

     A tam gdzieś na świecie, Adaś ich wędruje,

     razem z rodzicami szczęścia poszukuje.

     Dlaczego nie mogą, razem tutaj z nami,

     w słońcu wypoczywać, tu pod oliwkami?!

 

          Świat pełen sprzeczności, jednym tyle daje,

          (co tak pojąć trudno), drugim niedostaje.

          To takie dygresje, co dzień nas nachodzą,

          nad zmienną co chwila, niespokojną wodą.

 

               Wtedy Dziadzio wędki nad brzegiem ustawia

               i zaczyna swoją z rybkami zabawę.

               Ryby na śniadanie, na obiad, kolację...

               Babcia dość ma tego - i ma świętą rację.

 

Ale w naszym wieku, dieta jest konieczna,

na zmianę to rybka, innym razem rzepka,

na deser znów gronka, w dowolnej ilości,

sam soczek i cukier, (można dostać mdłości)!

 

     A daleko w dali, za mgłami zatoki,

     nad skalistym zboczem, szczyt Atosu srogi.

     Tam, wśród stromych grzbietów, samotne klasztory!

 

          Tam, z dala od świata, otoczeni morzem,

           rozbitkowie życia w habitach, w pokorze,

           żyją wśród gór i dolin, za krańca rogiem

           i szukają spokoju, by obcować z Bogiem!

 

Nikiti październik 1982

 

 

 

1.8. Droga powrotna

 

Gdy Babcia wszystkie ziściła marzenia:

spotkania z Wnukiem, Paryż, zaopatrzenia,

wakacje z dziećmi i greckie kąpiele,

a słońce długie rzucało już cienie,

 

     Północne wiatry nagoniły chmury,

     zbliżał się nieuchronnie czas powrotu, (wtóry).

     I coraz trudniej było o uśmiechy!

     I coraz częściej, ciężkie zamyślenia,

 

          A myśli twardsze, coraz konkretniejsze!

          Czas wracać na ziemię, wieści słuchać z “nieba”!

          Organizm cały przygotować trzeba

          - by sprostać codziennemu spożywaniu chleba,

 

                By przetrwać zimę i przednówek może,

                zanim się droga z powrotem otworzy!

                By znowu ruszyć, corocznym zwyczajem,

                wozem i przyczepką przez rozległe kr

 

Do gościnnej ziemi, nie przyobiecanej,

ale morzem oblanej i w słońcu skąpanej,

gdzie trzeba z ludźmi na migi rozmawiać,

jeść słodkie gronka, złe myśli odganiać,

czekać wieści od bliskich, a złe skąpać w morzu!

 

     Albo jeszcze głębiej, poza szklaną maską,

     zejść w świat podwodny, (cały pełen blasku).

     Lecz Babcia nie chce! - Lub może, nie może?!

     Woli ciągle rozmyślać! (I popłakać może?)

 

          Woli prażyć się w słońcu! A do domu nie chce!

          Lecz Dziadzio przyczepkę do Skody “zaprzęga”,

          dolewa benzyny i po mapę sięga!

 

                Jeszcze tylko, życzliwych pożegnać rybaków,

                jeszcze tylko, adresy znajomych z biwaku,

                (co wspólnie dzielili chwile zapomnienia,

                o twardym trudzie człeka przeznaczenia.)

 

 Jeszcze tylko zdjęcia, w pełnym słońca blasku,

 jeszcze tylko pobiegać, potarzać się w piasku,

 (a w duszy już twarde snują się rygory,

 jak szybko i bezpiecznie, omijać przeszkody).

 

     Jeszcze tylko kąpiel, ostatnia w tym roku,

     jeszcze tylko zapasy owoców na drogę,

     jeszcze tylko, westchnienie i dalej już w drogę,

     jeszcze tylko rzut oka ze szczytów na fale,

     co zlały się z lądem, w odległe już dale!

 

          Jeszcze tylko przyjaciół, krótkie odwiedziny,

          by w mieście portowym pożegnać krainę,

          przy winie i śpiewie starych greckich bardów!

          Jeszcze tylko w porcie, ostatnie zakupy!

 

               I znowu drogami, tak już utartymi,

               lecz za każdym razem ciągle odmiennymi,

               coraz sprawniej i szybciej przyczepa się toczy,

               za Skodą na północ, cały dzień i w nocy.

 

Zostają za nami piękne morza brzegi,

miasta, porty, zatoki, - całe ich szeregi!

Przyjaciół pożegnania, co pomogli w biedzie,

za nami ich życzenia, stos podarków jedzie!

 

     Coraz chłodniej i mroźno! Wkoło jesień słotna,

     do domu coraz bliżej, coraz bliżej “wojna”!

     Co to znaczy ta wojna? Z kim i o co się toczy?

     Czemu ziemia rodzinna, znowu krwią się broczy?

 

          Jak przed wiekami, mlekiem i miodem słynąca,

          teraz Wisłą miast zboże, płynie ciecz cuchnąca!

          Nad miastem łuny, lub mgła, smogiem zwana!

          Gdzie jesteś Kraino, cała poszarpana?

 

                Każdy w swoją stronę ciągnie płaszcz z purpury,

                lecz to nie Radziwiłł, tylko Gierków kumy,

                albo im podobni, partyjni “riadnicy”,

                pełno ich, tysiące, a tu - naród milczy!

 

Jak ta skała twarda, co wszystko przetrzyma,

jak przyroda silny, czeka swego “Syna”!

Jak ziemia na wiosnę, co deszczu spragniona,

zmyć wiekowe brudy, zimowej szarugi!

 

        Tak coraz, znienacka, odbija wspomnienie,

        jak wczorajsze za się, trawione jedzenie.

        Więc już się skończyły, tegoroczne wczasy,

        teraz droga powrotna, przez góry i lasy,

 

             Daleko na północ! Wzrok się trzyma drogi,

             a całymi dniami, gaz trzymają nogi!

             Raz prawa, raz lewa, gdy jedna zdrętwieje,

             głowa myśli twardo, lecz dusza się śmieje!

 

                  Ręce same kierują, w znajome ustronia,

                  gdzie można odsapnąć, no i znowu droga.

 

W tyle już zostały Bałkanów płaniny,

przed nami Honwedów, rozległe równiny.

Jedziemy przez Węgry, co to za bratanki?

Nie rozumieją nawet, co nalać do szklanki!

 

     Choć znają swe drogi, nie potrafią wskazać,

     ani sprzedać w sklepie, chyba że pokazać

     co na ladzie leży lub wisi na haku!

 

           Długo tak jechali, o chłodzie i głodzie,

           aż brakło paliwa naszej biednej Skodzie!

           Były także inne kłopoty, zmartwienia,

           lecz dom już coraz bliżej, więc się nic nie zmienia,

           z obranej trasy, czasu i kierunku!

 

                Czasem burza przechodzi, błyska się stronami,

                a przyczepka ze Skodą, ciągle naprzód wali,

                czy deszcz, czy pogoda, zawsze dobra droga,

                przed nami się wije, ku północy zmierza.

 

Coraz chłodniejsze wieczory i zimne poranki,

każdy z nas tak myśli, (nie powiem nikomu),

że dobrze jest w świecie, lecz w duszy - do domu!

Szybko przejeżdżamy tę krainę pustą,

 

     Słowaków tylko góry przed nami wysokie,

     szczyty ostre w chmurach i bystre potoki,

     a za nimi poniżej, rozległa kraina:

     rzeka Raba, kamienie, (znowu się zaczyna...!)

        

           Tak było i teraz. Człek w swej naiwności,

           myślał: jadę do domu złożyć umęczone kości

           na puchowym łożu, najeść się do syta.

 

               Złudne to marzenia! By dotrzeć do domu,

               jest tysiąc problemów, trzeba silić głowę

               i kiesę mieć pełną, odpowiednio gadać,

               by benzynę zdobyć, wypatrywać pilnie drogi,

               a czasem się chować!

 

Nareszcie znajoma,prawdziwa, granica!

Przed szlabanem z orłem trzeba cicho stanąć,

ubrać worek pokutny i pokornie mięknąć!

A gdy już do góry szlaban się podniesie,

 

     Spowiadać się szybko i bez zająknienia,

     co się trzyma w kabzie, albo pod siedzeniem.

     Najpierw znowu gdzie byłeś, którędy jechałeś,

     po co na tak długo kraj swój opuszczałeś?

 

          Czy nie wieziesz “porno, lub literatury,

          (gdyż my mamy swe własne, przepiękne chałtury,

          co chwalą prawe, dzielne nasze rządy,

          lecz nie tobie wydawać o tym swe osądy!).

         

(“Pan, dawno nie widział prawdziwych turystów”),

             Tak sobie pomyślałem...!

             Jak było, nie powiem. Tak by nie uwierzył,

             stukał by się w czoło i cło by wymierzył,

 

W miarę nie za niskie, bym sobie spamiętał,

siedział w domu jak ludzie, nie po świecie pętał.

Bym stanął przy warsztacie, (z dala od koryta )...

zabrał się do pracy, pomodlił i kwita...

 

     Tak się zakończyła cała ta przygoda,

     Dziadzio wrócił do domu, do garażu Skoda.

 

Nikiti październik 1982

i Kraków listopad 1982 r

 

 

2.  WAKACJE

 

2.1. Zatoka Itamos

 

Itamos od Toroni,

zatoki dzielą trzy:

Najdłuższa z krągłym “disko”,

wrzaskliwa - płoszy sny.

 

      Środkowa z cyplem skalnym,

      zamknięta z wszystkich stron,

      dostępna tylko z wody,

      dla nagich dobre to.

 

           Najdalsza rozleglejsza,

           od szczytu schodzi stok,

           gdy tylko tam dojedziesz,

           cudowne miejsce to.

 

 

                A zjechać tam niełatwo,

                skalista ścieżka stroma,

                lecz w dole raj turystów,

                w sosnowym cieniu piasek

                i kryształowe dno.

 

Nad zalesionym wzgórzem,

szybują stale w krąg,

czy orły to, czy sępy, --

czy zgadnie to z nas kto?

 

Itamos sierpień 1986 rok                  

 

 


 

2.2. Noc na kampingu

 

Sny koszmarne w tę noc bezsenną,

ostry pełni księżyca blask -

przywodzi  z zakątków jaźni

wciąż mijający czas.

 

     Nic, że morze tak szumi,

     w dali disko gra, 

     połyski odblasków na fali,

     wciąż mijający czas.

 

           Łodzie rybaków znów świecą,

           sieci szukają dna,

           czas naprzód szybko leci,

           mijają noce za dnia.

 

                Natrętny duży pojazd

                przesłania część morza nam,

                (ale on wnet odpłynie

                szybko w bezbrzeżną dal).

 

Odblaski księżyca znikają,

za skałą poświaty ślad,

morze się zlewa z oddalą,

cykada ciszej gra.

 

     Wspomnienia dzieciństwa nachodzą,

     natrętne że aż strach,

     czas chyba wszystko rzucić,

     czas żegnać dziwny świat.

 

          Lecz na nic nocne  udręki,

          gdy błyśnie zorza nam,

          znowu wędka do ręki,

          lub kierownicy kram.

 

               Znowu się głowić nam trzeba,

               wciąż o codzienny chleb,

               Znowu się walka zaczyna,

               o życia marny kęs.

 

      Co znaczy słabości chwila?

      Co znaczy nocny lęk?

      Naprzód wciąż, naprzód myślą,

      bo z tyłu życia kres,

 

Co goni nas bez ustanku

            i zbliża, gdy zwolni się bieg.

Tyle jest jeszcze krain

i nie odkrytych dróg

 

              Jak zdążyć to wszystko ocalić

               i zamknąć w pamięci snów?

 

Już wstają ranne zorze,

koguta rwie się głos,

psy greckie na uwięzi,

chrapliwie węszą coś.

 

     Nic że morze tak szumi,

     mijają noce za dnia,

     wspomnienia ciągle nachodzą,

     natrętne że aż strach.

 

 Itamos sierpień 1986 rok

 

 

 

2.3. Dzień na kampingu

 

Daniela Maria

      na greckiej plaży,

smaży się w słońcu,

      z maseczką na twarzy!

 

     Za strój jak nimfa,

           ma listek figowy 

     i to jest Jej cały

            wystrój kąpielowy.

 

           Potem znowu zamiana,

                  w pontonie się  kiwa,

           a kotwica  z  dala

                  od  skałek Ją trzyma.

 

 

Łodzie po zatoczce,

       ciągle penetrują,

tymi motorami,

       powietrze wciąż trują.

     Wrzaskliwe okrzyki,

             spokoju nie dają,

     ryby przepłoszone,

             w morze uciekają.

 

          Franc Józef sąsiad,

                  z jachtem Maria Clara,

          Pan dwunastu metrów

                  na długości plaży,

 

Przyczepa z przedsionkiem,

       namiot gospodarczy.

Nadmetraż mu wyliczył

       nowy sąsiad dziarski,

     Po czym stanął ropniakiem

            pod samym namiotem,

     raz pachnie mu ropą,

            raz czosnkiem z syropem.

 

          W zamian towarzystwo

                  mamy przeciekawe

          Jest się z czego pośmiać,

                  pojeść doskonale.

 

 

Maria Clara przy kołkach,

       Franc Józef na redzie,

kotwicę wyciąga,

       żegnając wybrzeże.

 

 Wnet z żoną na jachcie

             i żagle rozwija,

     wolno rusza z zatoki,

             “Adie”- Clara Maryja!

 

          “Pater Familias7,

                  lub “Mafioso” zwany,

          głos wydaje donośny,

                  przez swoich słuchany.

 

Francuzom się kłania,

        głowę hardo trzyma,

tylko “Kędzierzawy7

        bokiem go omija.

 

     Trzy kobiety w namiocie,

            cały czas się boczą,

     gęgają,  gęgają

            i na niego psioczą.

          Brodacz z Lichtensteinu

                 wciąż w gitarę brzdąka,

          trenuje na występ,

                 lub w trawie rozciąga.

 

 

Potem do lusterka,

       brzytwą se wywija,

gdy jacht się oddalił,

       zaraz namiot zwija.

 

     Znowu potem na chwilę

           porzuca gitarę

     i chowa się w kucki,

           za wysoką trawę.

 

          Brodacz ogolony,

                 namiot przestawiony,

          swym starym klekotem,

                 na występy goni.

 

Płyną dzionki znojne,

        plaża pustoszeje,

tylko Dziadzio z Babcią,

        w zatoczce niezmiennie.

 

     Plaże coraz cichsze,

            a noce ciemniejsze,

     wszystkie dzieci w szkołach,

            a gdzie nasze miejsce?

 

Itamos, Casinodisko 1986 rok


 

2.4. Zegarmistrz z Sarajewa

            (Buksiaki)

 

Dawno temu przed laty,

Sarajewska dżamija8,

obok minaretu,

gdzie targ się odbywał,

była świadkiem pochodu,

 

     Pamiętnego zdarzenia,

     gdy ujęty pod ręce,

     student z Sarajewa,

     zrazu się stawiał,

     lub udawał głupca.

 

           Blisko skrzyżowania,

           w białych rękawiczkach

           wkoło się uwijał,

           wysoki milicjant.

 

                 I ta nagła zmiana,

                 gdy biały jak chusta,

                 jak poczwarka się zmienił

                 w porządnego kupca.

 

Rachunki wyrównał,

nisko się kłaniając,

tyłem się wycofał,

we mgle się rozpływając.

 

     Syny wyrośnięte ,

     dały się skołować,

     jadąc prędko nad morze,

     zamiast modnych zegarków,

     “buksiaki9 im podał.

 

          I tak w drodze powrotnej,

          z Jadrańskiego brzegu,

          trzeba było wstąpić

          znowu w Sarajewo.

 

               I o dziwo dla nas,

               na tym samym miejscu,

               On dalej “handlował”,

               i innym turystom

               buble oferował.

 

Ujęty pod ręce,

przez rosłe chłopaki,

tak wesoło go wiedli,

aż wyrównał braki.

 

 Kraków 1994 rok

 

 

2.5. Tam u Pawłowicza

 

Te pamiętne wczasy,

na Dalmacji brzegu,

wśród gwarnej młodzieży,

krakusów szeregu,

 

     Tam u Pawłowicza

     tam, to były wczasy!

 

          Przy wjeździe na kamping,

          coroczny rytuał,

          najpierw trzeba wstąpić,

          by Go udobruchać!

 

 

               Przywitać się grzecznie,

               rodziny wysłuchać,

               wypić flaszkę wina,

               choć skrajnie zdrożony,

               musi się człek trzymać!

 

                     Z niezmierzonych winnic,

                    schodzących do morza,

                    wśród skalistych zatok,

                    głębokie odnoża.

 

Dniem słońce po zboczach,

rozlewa się w dale,

nocą blady księżyc,

odbija na fali!

 

     Skacząc z fali na falę,

     wykrzywia się groźnie,

     w górach wyją szakale,

     strzela w ogniu rożen!

 

          A w dali plaże nagusów,

          ciągle te golasy!  

          Tam u Pawłowicza,

          dobre były wczasy!

 

Ston, Pelejesać 1987 rok

                         

 

2.6. Flaga na maszt

      [Niespodziewane przyjęcie]

 

Samotny, biało - czerwony żagiel,

kawałek zwiewnego płótna,

niby nic!

A jednak, w dołku ściska!

 

     Gdy z dali, zbliża się na fali,

     zgrabny jacht i rośnie w oczach,

     cały biały, ze szklanego włókna,...

     niby nic!

     A jednak coś w oku błyska!

 

          Sześć osób na pokładzie,

          prosto na nas płynie,

          wczoraj zapoznanych rodaków

          w dalekim kraju,

 

               Pośród teutońskiej wrzawy,

               turystów rozpanoszonych

               na olbrzymiej plaży...

               niby nic!

  

Tymczasem na widok holowanego, i przez nich

przebitego strzałą tuńczyka,      

tubylcy i wszyscy sąsiedzi,

skaczą do morza.

 

     Zbrojni w kusze i maski,

     godzinami penetrują głębie.

     Ale na nic!

     A jednak, śmiechu warte!

 

          Wieczór przy ognisku, smakowita woń,

          polewanej winem, pieczonej ryby,

          lekkie opary trunków,

          śpiewy, coraz to weselsze,

 

                Przy zapadającym zmroku,

                lecą iskry z ogniska

                niby nic!

                A jednak w dołku ściska!

 

Wybuchy śmiechu nad tuńczykiem,

zakupionym na rybim targu.                             

Nieprzerwanie płyną,

wesołe kawały i śpiewy.

 

     Wschodzi księżyc, z wody wychodzą

     ostatni, zziębnięci nurkowie...

     niby nic!

     A cała plaża pęka ze śmiechu!

 

          Tylko żar popiołów

           i krople wody ognistej,

           z pieczoną rybą,

 

                 Rozgrzewa i ratuje,

                 sąsiedzkie przyjaźnie.

                 T o   b y ł o   t o!!!

 

                                           Toroni  lato 1984 rok


 

2.7. Świętokradztwo!

 

Pod Epidauros10,

     w kręgu śpiących kamieni,

gdzie spalone słońcem

     dwutysięczne cienie,

 

     Z nagła ciszę przerwały,

          tranzystorów trzaski,

     teutońskie krzyki,

          barbarzyńskie wrzaski!         

              

          Czy tu jest miejsce

               dla dzikiej zabawy?

          Tu, gdzie w tym kręgu,

                śnią “Achajów” sprawy!

 

                A teraz tłumy świata,

                      przechodzą w milczeniu,

                 w zadumie wieków,

                      szukając natchnienia!

 

Tu, niema miejsca,

      dla rockowych krzyków,

 ni posuwistych tańców

       pseudo gimnastyków!

 

     I tak w jednej chwili,

          dla zadośćuczynienia,

     wchodzi w “krąg” D(i)ana11,

          (wyrok, przeznaczenie)?

 

          Z wierszami poezji

                i zadumą w oczach,

          niby strzała z łuku,

                 wysłana z przestworzy.

 

               Spłoszeni “tancerze”

                     opuszczają mury,

                za nimi gonią,

                      heksametru rymy.

 

Potem starogrecki

     cały wstęp Homera

i nie kończące brawa,

      turystów olśnienia...

 

     A w kilka dni potem

           wracająca fala,

      pośród murów Aten,

            znów turystów brawa 

 

           (Przypadkowo mijanych

                  na milowych szlakach,

            wśród posągów stojących

                   w muzealnych salach).

 

               Orbisowa wycieczka,

                    dobrze spamiętała,

               Łoskot heksametrów

                     w Epidauros skałach.

 

                                                  Epidauros  1978 rok

 

 

 

2.8.  “Gizem otel12

 

Jak się masz? Co pijesz?

Pyta przy kolacji,

a “Dyrekcja” rozrabia,

chociaż nie ma racji!

 

     Wycieczki z pokazem,

     skór modnych z muzyką,

     taniec brzucha dla panów,

     (panie się nie “liczą”!)

 

          Każdy po kółeczku,

          może banknot włożyć,

          (tak powyżej kiecki,

          ale tak dyskretnie,

          jak chce jeszcze pożyć!)

 

               Bo partnerka miła,

               gdy tylko zobaczy,

               to Ci głowę “zetnie”,

               już Ci nie wybaczy!

 

Przy wycieczce jachtem,

też trzeba uważać,

bo przy degustacji,

jest duży ambaras.

 

     Po kilku kieliszkach,

     widzisz wszystkich naraz,

     jak klepią po plecach,

     miłe panie zaraz.

 

          Pozwól im się bawić,

          ze sobą figlarnie,

          masz uciechę sporą,

          a tak zginiesz marnie!

 

               Lepiej pilnuj morza

               i ciepłego piasku,

               jak plaża szeroka,

               w pełnym słońca blasku!

 

Wokół góry srogie,

spalone od słońca,

w dole zaś hotele,

ciągną się bez końca!

 

     Raj tu dla turystów,

     raj tu dla żeglarzy,

     plaże zatłoczone,

     pełno też wędkarzy.

 

          Nie brak też “maniaków”,

          historii z przed wieków,

          szukających ruin,

          Rzymian, albo Greków!!!

 

Antalya 20  września 1996 rok

 


 

 

 

2.9. Licytacja

 

       (Podsłuchane mimo woli na plaży.)

 

 

 

 

 

“Posłałam męża po “mą” torbę!” -

(Tu Jańcia, ściąga biustonosz

i wystawia się dokładnie do słońca.) -?

 

     A na to Hela:

     “A ja kazałam swojemu kupić ser!”

 

          A Jańcia na to: “zwątpić można”. -

          Na to Hela :  “ta co? Co by nie!” -

 

               Tymczasem na plaży coraz cieplej.

               Tu Jańcia znowu mówi do Helenki :

               “Kupić? Po co?” -

 

“Kazałam i posłałam Go! Ta co?”-

“Niech robi coś!  Czy cóś”? -

         

     “Jak chłopu brak stale zajęcia,

     po głowie chodzą myśli złe,

 

          A tak, to ma wytknięty cel

          i musi robić, czy chce, czy nie!” -

 

               Tu Jańcia poprawiła się do słońca,

               włożyła ciemne okulary

 

     i lekko westchnąwszy,

     przymrużyła z ulgą, powieki.

 

 Antalaya wrzesień 1996 rok


 

 

 

3. Świat młodości

 

3.1. Miasto młodych lat

                  

Czas przeszły miniony

zamknięty w pamięci,

coraz to przed oczy

przyzywa postacie,

 

     Co się rozpłynęły

zupełnie na wietrze,

wysiłkiem woli

przyzywam je z mar.

 

          Radosne chwile

          słoneczne wakacje,

          melodie płynące z głośnika

          gdzieś w dali,

 

               Wokół cisza dostojna,

               z tym szmerem powiewu,

               lub stukiem gruszek

               spadających w sad.

 

Świat zamknięty wokoło

za zieloną ścianą,

odcina od gwaru

i ulicy spraw,

 

   

 

     Winna Góra13 osiedle

     bajecznie zielone,

     w dole tętni i szumi

     miasto młodych lat.    

 

          Wysokie pogórze,

      Zniesienie14,  nad miastem

          całe zlane słońcem

          a w dolinie San.

 

              Wśród zielonych polan

               wijące zakola,

               w zboczu oczy ruin,

               pośród baszt i bram.

 

Z boku zarys kopca

Tatarski Kurhaniec15,

co zamyka z czoła

horyzontu szmat.

 

      O zmierzchu głębokim

      gdy cienie w dolinie,

      morzem świateł zabłyśnie

      jak odbicie gwiazd.

 

            Panoramę miasta,

            gdy ucichnie z mrokiem

            i zwolna przesłoni

            przedwieczorna mgła,

 

                 Płynąca w dół rzeki,

                 jak macki olbrzyma,

                 rosnąca w oczach

                 w bezmierną już dal.

 

Kraków luty 1984 rok

 

 

 


 

3.2. Pamięci podchorążego

 

W pamięci mej zawsze zostanie

obrazu cień niezatarty,

hełm przestrzelony nowy,

na krzyżu brzozowym oparty

 

     I ostry zapach gliny,

     z powiewem lasu zmieszany,

     gdy kończąc wędrówkę wrześniową,

     w domowe ścieżki skręcałem.

 

          Pamiętam pierwsze dni wojny,

          spieszących w te miejsca żołnierzy,

          poznanych podchorążych,

          a nie wiem, który tu leży.

 

              Tylko tabliczka niezdarna,

               z wyrytym imieniem się trzyma,

               Czerwiński Zbigniew chorąży,

               a data choć trochę zatarta,

               to wrzesień na pewno wyczytam.

 

Pamiętam tych młodych żołnierzy,

niosących na plecach sprzęt cały,

nieznane nam lufy ziejące

i skrzynki ołowiem wypchane.

 

     Szczyt Winnej Góry cały,

     usiany gniazdami szerszeni,

     ich twarze pełne napięcia

     i oczy wbite w czerwieni,

     w dudniącą z zachodu nawałę.

 

          Ten zapach nowych mundurów,

          komiśne skrzypiące buciory

          i kostki kawy w podzięce,

          gdy chłopcy przedpoborowi,

          znosili im w koszach wieczerze.

 

               A teraz rowy poryte,

               wokoło skrzynki drewniane

               i stosy łusek armatnich,

               śmiertelnej ciszy drganie.

 

Będę zawsze wspominał,

gdy tylko przymknę powieki,

ścieżki szaleństw młodości,

Trzy sosny16 i leśne wybiegi,

 

     Szlaki zimowych eskapad,

     pokrętne jary, strumienie.

 

          Już nigdy tam nie pobiegnę,

          na ścieżce krzyż tam stoi,

          wrześniowych zmagań,

          wspomnienie!

 

Przemyśl 18 marzec 1985 rok


 

3.3. Chłopcy z tamtych lat.

         [Winna Góra]

 

 

Gdzie Ci  chłopcy

 z tamtych lat?

 

 

 

 

      Co w te dni upalne

      próbowali wstrzymać

      walący się świat,

      wyuczonych legend,

      nieśmiertelnych prawd?

 

           Jak z podmuchem wichru

           suchych liści ślad,

           w żarze osmaliło

           tej młodzieży kwiat.

 

                 Gdzie Ci chłopcy

                  z tamtych lat?

 

Czas zatarł ślad,

rozproszył po świecie,

porwał nić serdeczną,

w duszy ostał czad,

blizny nie gojących ran.

 

     Czasem szok nadziei,

     gdy idąc wśród tłumu,

     cały przygnębiony,

     ciemnościami nocy,

     w okupacji dniach,

 

           Znagła, w cieniu dworca

           miejskiego peronu,

           zobaczyłem oczy

           i znajomą twarz.

 

                Siedzący na ławce,

                młody Siwiec - (Apacz),

                jak nieznacznym ruchem

                lufą rozpylacza”

                odchylił swój płaszcz,

 

Pokazując muszką

zbliżającą straż,

co miarowym krokiem

lustrowała hol.

 

     Ten błysk wspólny w oczach,

     moja ręka zastygła przy czole

     w niemym pozdrowieniu,

     gwizd lokomotywy,

 

            Pociąg ruszył w dal,

            drogi się rozeszły,

            dziś pozostał żal.

 

                   Gdzie Ci chłopcy

                   z tamtych lat,

                   czy dożyli chwili,

                   jakiś został ślad?

 

Gdzie Ci chłopcy

z młodych lat?

 

     Co w lata upalne

     szli na zawołanie,

     dla wspólnej zabawy

     pośród fortów bram.

 

          Tam  kaplica - “wartownia17,

          w majowe wieczory,

          przerywała dzwonkiem

          niekończące mecze,

          lub dysputy szał?

 

 

 

 

 

 

              Czas zatarł ślad

               kresów czas miniony,

               kiedy wicher wojny

               przedmuchał jak piach,

 

                    Na dnie zostawiając

                    okruchy kamieni,

                    lub popiołu ślad.

 

Pamiętne dni grozy

wrześniowej jesieni,

a na szczycie w fortach

stanowiska dział.

 

     Potem niemoc bezmierna

     obce mowy i kroki,

     wkoło gruzy i zgliszcza,

     wzdęte brzuchy koni

 

          I nakryte zwłoki

          nieruchomych ciał.

          Gdzież Ci chłopcy

          z tamtych lat?

 

               Jeszcze słyszę głosy,

               widzę w śniegu ślad,

               echa konnych kopyt

               od kamienic ścian

 

I dalekie głosy

jak odbija San!

Za Sanem granica,

tam już inny świat.

 

     Po co, na co, dlaczego

     przechodzili San?

     Przemytnicza ścieżka,

     czy młodzieńczy żar?

 

          Gdzie Ci chłopcy

          z tamtych lat?

 

 Kraków 1992 rok

 

 

 

 


3.4. Spotkanie po latach

 

Przy ulicy Sebastiana,

pod numerem dwunastym,

mieszka Stasiu Kostka

ze Swoją Niewiastą.

 

     Dom prowadzą otwarty,

     taki zwyczaj utarty,  

     od lat tutaj trwa.

 

          Schodzą zawsze tu goście,

          starsze dziadki i młodsze,

          co w tej wojnie najsroższej

          próbowali ludźmi być.

        

               Schodzą także sterani,

               co uciekli spod ściany,

               jak im teraz normalnie żyć?

 

Schodzą także najmłodsi,

by posłuchać naocznie,

oraz zbierać otręby i pył.

 

     O tych, co w żarna wpadli,

     a nie mieli szans żadnych

     i urwała się ich życia nić.

   

          Tylko mgliste wspomnienia,

          domysły i przeświadczenia,

          w najbliższych duszach chcą żyć!

 

               Tutaj gość gdy zawita,

               wpis do księgi nań czyha,

               choćby miał postawić krzyżyk lub nul.

 

Dla mnie to niespodzianka,

bo zaspany tego ranka,

zbierałem ciężko swe myśli,

- wracam w czasy przemyskie.

 

      Nagła myśl błyskawica,

      rozjaśniła me lica,

      zobaczyłem Pieniny18 we mgle,

 

           Stada owiec na hali,

           ich pasterzy górali

           i idące skautów szeregi.

             

              Objuczeni jak osły,

               tacy mali a dorośli,

               dźwigający  na plecach ciężary.

 

I poczułem swe ręce,

w tej wędrownej udręce,

kocioł smolny na kiju niezdarny.

 

     On  smarował mi nogi,

     także plecak ten nowy,

     poprzez błota i rowy,

     gdy przez kamień ten duży

     chciałem szybko przekroczyć.

 

          Ciężko było po krzakach,

          wąską ścieżką się drapać,

          lecz nikt nie chciał,

          do spółki go nieść!

 

                Ciężka dola kucharza,

                jeszcze gorsza tragarza,

                ale sprawność kuchcika chcę mieć!

 

Tak to było przed laty,

kiedy w hufcu rogatym,

w tym Przemyślu za Sanem

z honorem uczyli nas żyć!

 

     Sławna pierwsza drużyna,

     z Chłapowskiego19 maksymą,

     bez honorów honor”

     tylko jak z tym wtedy żyć?

 

          Czy to dziś do pomyślenia,

          być honornym bez znaczenia,?

          Każdy młody ze śmiechu by pękł.

 

               Slogan wtedy wspaniały,

               dziś fałszywy, niezrozumiały,

               całe życie kulą u nogi miał być.

 

 Honor bez honorów”

 - dziwna to maksyma,

 tak rzucone hasło

 całe życie trzyma!

 

     Od szczenięcych latek

     w skautingu zabawy,

     przez wojenne szlaki,

     obozy, wyprawy

 

 

 

         Gdzieś pod korą mózgu,

          jak zadra się trzyma,

          Generał Chłapowski

          i jego maksyma.

 

               Podświadomość kieruje

               w nieutarte ścieżki,

               ludzie w głowę zachodzą,

               co on taki ciężki.

 

Nie chce brać jak dają,

jak inne cwaniaki,

jak chcą bić on czeka,

razem nie ucieka,

 

     Pewnie nienormalny,

     taki los już człowieka!

 

          Od sitwy to stroni,

          wódy nie popije,

          taki to na pewno

          długo nie pożyje.

 

               Po co małym chłopcom 

               cnoty wyszukiwać

               i na całe życie 

               ich unieszczęśliwiać?

 

 

Zwykli po kolana

włażą do koryta,

potem nogą tupną,

potrząsną i kwita...

 

     Gdzie niegdzie podliżą

     gdzie trzeba popiją,

     lub nawet nożykiem,

     podetną, poryją,

 

          Zrobią z orła jelenia,

          wystawią do strzału,

          wszystko co potrzeba

          jest w tym naszym raju.

 

               Potem członki obmyją,

               jak zasmarowane,

               wazeliną, czy błotem,

               nawet krwią zbabrane.

 

Lecz ludzka pamięć

każdego doścignie,

czasem prawdę odgadnie,

czasem się prześlizgnie.

 

     Teraz wspomnę jak we mgle,

     obóz, namiot, Howerle”20,

     cały tłum biegających,

     lub dwuszereg tętniący,

 

          Leśną kolej za drogą,

          potok gdzie myją nogi,

          jakieś dzikie podchody,

          leśne zwierza i rogi,

          trąbka, flaga i maszt, -

 

                A zawsze roześmianą

                Stasia twarz!

 

Kraków kwiecień 1993 rok

 

 

 


 

3.5. Genius loci

                                                      

Gdziekolwiek jesteś,                         

      gdziekolwiek się zwrócisz,

cokolwiek powiesz

      nad czym się zasmucisz,

 

     W podziemiach lochów

           z przed lokacji czasu,

     czy to na Rynku

           czy Mariackim  Placu,

 

          W zakamarkach ulic

                czy to na Wawelu,

          czy pod arkadami

                 albo też w kościele,

 

                Natychmiast z wnętrza

                      niezgłębionej duszy

                wychynie obraz

                      do głębi Cię wzruszy.

 

Zarys filmu dziejów

      wiślanego grodu

związanego z losem

      swojego narodu.

 

     Od zarania  mroków

           po wczorajsze dzieje

      pełne krwi i potu

           pokoleń cierpienia.

 

           Jak z kryształów górskich

                 o wspólne idee

           do serc i umysłów

                 rzucając promienie,

 

               Wzywając do czynów

                     każde pokolenie,

                a echo jak fala

                      wokoło roznosi

 

Na sąsiednie ziemie

     i nabiera mocy.

 

     Co to jest za siła,

           lub nadziemskie moce?

     Jedna jest odpowiedz:

           to jest GENIUS LOCI 21!

 

                                               Kraków maj 1997 rok

 

 

 

 

3.6. W muzeum

 

Chyba myśl genialna,

na cienkim papierze,

chyba ona sama

za serce mię bierze.

 

     Jak te papirusy

     co wieki przetrwały,

     a dziś za tą szybą,

     leżą pełne chwały.

 

          Są śladem konkretnym,

          ludzkiego działania.

          Czy to już jest wszystko,

          co człowiek zostawi,

 

               Zanim zmieni się w popiół

               lub ogień go strawi?

               Co zostanie po nas,

               czy pamięć najbliższych,

 

Rozpłynie się z czasem,

lub też wnukom przyśni?

Drugie pokolenia,

znajdą swe problemy,

 

     Nie będą naiwni,

     szukać swych korzeni!

     Czasem geniusz przełamie,

     czasów przemijanie

 

          I odleje w spiżu,

          dziejów wirowanie!

 

Kraków styczeń 1996 rok

 


 

 

 

3.7. Do Patyka” na śledzika

        (studenckie wspomnienia)

 

 

W tej “komorze” pod schodami,

(częstochowskiej jamie22) zwanej,

śledzie wiszą tam na kurku,

 

     Woda leje na nie ciurkiem,

     głowy na dół pozwieszane,

     za ogony powiązane.

 

          Dzisiaj będą odwiedziny,

          pewno Miecia imieniny,

          lubo kończy egzaminy,

          albo inne jakieś chrzciny”?

 

               Widać ślady szykowania,

               wóda ziębi się od rana,

               boczek w garnku się gotuje,

               a zastawa stoi sznurem.

 

Do “Patyka23 na śledzika!

Wzywa “Kaczmarz23 wszystkich wkoło

i zaśmiewa się wesoło.

 

 

 

    Wnet się schodzi tu “rodzina”,

     brać Burkami” ich nazywa.

  

         Ten wysoki ten na przedzie,

          Władzio Pytlik, wszystkich wiedzie,

          za nim Paweł, mózg gromady,

 

 

       

               “Kaczmarz” też nie od parady,

                a na końcu Stasiu Kuraś,

                co nie miewa żadnych uraz.

 

Aby zebrać myśli w kupę

rozlewamy z flaszek wódę,

potem śledziem zagryzamy

i rozprawę zaczynamy.

 

     Lecą w górę krzyki nasze,

     coraz głośniej idzie sprawa,

     o północy to już wrzawa,

 

          Trzeba zamknąć okiennice,

          (straż  pożarna lubi ciszę).

          Z okien leci ma zastawa,

          a w przybytek cała strawa.

 

               Rano będzie żałość wielka

               po zastawie i butelkach.

               Pyta żona jak to było?

               Nic! - To tylko mi się śniło!

 

Kraków maj 1984 rok.


 

4. Wyprawa na Rodos

 

 

4.1. Biwak na pustyni

      (Czerwiec 1979 rok)

 

Biwak na pustyni jest nie oceniony,

wkrąg auta, przyczepy, pośrodku śpiwory

na małej polanie, wkoło zagajniki,

dalej trawa marna, osty i step dziki.

 

     Z daleka od drogi i od ludzi gwaru,

     w cieniu sosen rozległych chroniących od skwaru.

     Zapadła cisza nocna, lekki poszum trawy,

     w górze pełny księżyc i tylko cykady!

    

          O porannym brzasku słychać ptasie krzyki,

          lekkie granie dzwonków baraniej muzyki.

          Na tle jasnej zorzy pasterz ze swym kijem

          potężnym, zastygły w bezruchu

          wypatruje wilków, lub z myślami bije.

 

               Szybko słońce rozjaśnia przyczajone cienie

               i pogania wędrowców zanim w upał zmieni.

               Trzeba zwinąć obóz i w dal dalej płynąć,

               wtedy pęd powietrza nie pozwoli zginąć.

 

 

 

 

Po codziennym trudzie rozpalonej drogi,

cudne były wieczory, przyjaciół przestrogi,

 

 

 

 

 

i te wspólne wieczerze z młodzieżą figlarną,

snującą plany wypraw w zatopione miasto!

 

Kraków kwiecień 1983 rok

 


 

4.2. Wycieczka na Rodos

 

 

Rok był to nie typowy, gdzie te zeszłe lata

gdy człowiek spokojnie przejechał pół świata

po dzikich bezdrożach na tureckim brzegu

z drugim autem przyjaciół, wesołej młodzieży,

 

 

 

 

     Szukał zatok bezludnych w oliwkowym cieniu,

     skąd można było o dowolnym czasie,

     zrobić wypad w przeszłość mitologii śladem

     i podumać czasem co z tego zostało,

 

          Jakieś strzępy murów i sterty kamieni,

          ze śladami obróbki i kolorów cieni,

          dziwiące postronnych zajadaczy chleba,

          “kaminie” i “kaminie”- jak szydził kolega,

          “kamienie i kamienie, komu to potrzeba”?

 

 

 

              Lecz tak było i teraz,

               z Marmaris24 do Rodos droga niedaleka,

               kilka godzin na łajbie i “frajda” już wielka.

               Za parę “zielonych” mamy przewodnika,

 

On wszystko załatwi zgodę da kapitan

na wycieczkę z portu, (byle coś zastawić),

samochody z przyczepą w porcie pozostawić?

(Na parkingu portowym, kluczyki zaś w kasie!)

         

     W przystani na molo łajba się kołysze,

     pod masztem “wilk morski” sapie ledwo dyszy.

     W kucki na bosaka w rybackich łachmanach,

     z ręki zwisa różaniec, na rozwianych siwych włosach

 

          Czapka kapitańska biała,

          wszem i wobec zwiastuje

          czyja tu jest władza. Od czasu do czasu

          rzuca groźne słowa, zaraz się pod pokład

          jakaś głowa chowa, przestawia tekelunek

          lub jakieś skrzyneczki!

 

               Tymczasem nasz przewodnik

   wpadł szybko zziajany,

               wszystkie sprawy załatwił, cały potem zlany.

               Wnet łajba gotowa, zaprasza w kajuty!

               Wchodzimy na pokład - czysty,

   ściągać można buty

 

Motor zadygotał, trzeszczy łajba stara,

tak się nasza przygoda z Rodos zaczynała,

Wicher zadął w żagle załopotał groźniej,

wziął nas w swoją władzę już Posejdon srogi.

 

     Tylko poszum wichru, pomruki motoru,

     jednostajna fala, pryska po pokładzie.

     Od czasu do czasu, żarem z lądu wionie.

           

          Modlący kapitan ma różaniec w dłoni,

          z pod zmiętej czapeczki rzuca swój wzrok srogi.

          Można się za burtą na pokładzie schować

          i do słońca za wiatrem mokre plecy ogrzać.

 

 

 

               A od czasu do czasu, znowu prysznic wody.

               Już za godzin kilka ruch jest na pokładzie,

               w dali za mgłą siną zarys lądu marzeń!

 

Z nagła przerażony kapitan się zrywa!:

Gdzie jest wasza flaga”? (Sobie przypomina),

Obok flagi tureckiej na maszt by się zdała,

może wtedy szybciej przyjmie grecka strona.

 

     Długo nie chcą wpuścić łajby do przystani,

     tylko wizy turystów, z tego “Lechistanu”,

     złagodziły niechęć eleganckich” panów.

 

          Zdala łajba stanęła niby trędowata,

          od dostojnej elity z szerokiego świata.

          Może właśnie tutaj stał ten “Kolos z Rodos”,

          jeden z cudów świata co w legendę obrósł?

 

               Tak z tureckiej nędzy, do przepychu świata

               co się skrzyknął w Rodos,

               w samym środku lata

               stoją jeden przy drugim jachty na przystani

               końca ich nie widać, a na każdym flagi.

 

Pokłady lśniące, dywany wzorzyste,

stoły z napojami, z przodu buty czyste

stoją na deptaku wyczekując gości.

 

     Z tyłu  symbol jelonków, w kamieniu wyryty,

     resztki kolumn świątyni, sterczące kikuty

     i stopnie stadionu, w głąb skały wykute.

 

          Obok twierdze obronne kawalerów srogich,

          z czasów średniowiecza i wypraw krzyżowych.

          A po górach mury obronne snują się kupieckie,

          z różnych czasów i wypraw na ziemie tureckie.

 

 

 

 

 

               Tak do Ziemi Świętej stąd był skok ostatni

               i ostatnia przystań żeby uciec z matni!

               Długo trwały spacery do głębokiej nocy,

               wśród radosnych tłumów

               w rozbawionym porcie,

 

Potem chwila pół drzemki, (gdy nogi zdrętwiały)

i nachodzące mary posągu Heliosa,

świątyni Afrodyty, lub też Dionizosa?

 

     Wtem na gładkiej tafli, tuż nad horyzontem

     jakaś gwiazda zabłysła i świeci jak słońce.

     Rośnie szybko w oczach zdaje się przybliża?

     Tak, to piękny statek! (Z turystami chyba?)

    

          Młodzież szybko zbiega, pędzi do przystani

          pooglądać z bliska ten “cud nad cudami”.

          Pływające miasto, z tysiącem światełek

          każdy pokład inny, zależny od ceny!

 

             A na samej górze taksa klimatyczna!

             Tu jest sama młodzież tylko “turystyczna”.                      Potężne plecaki, brody zarośnięte,

            dziewczyny w spodenkach, twarze uśmiechnięte.

 

Gwar z całego świata, tony gitar smętne,

foldery i mapy, wieża Babel pewnie.

Zaraz też decyzja, (korzystać z okazji),

można Kretę zwiedzić (Jurek nam wyjaśnia!

 

     Szybko się pakuje, umowa wnet stoi,

     spotkanie w Bułgarii i na statek goni.

     Zanim o północy wybiła godzina,

     już prom z turystami, znowu w dal odpływa.

 

          Ustalenia nasze powzięte na prędce,

          wiążą dalsze wczasy z fantazją młodzieńczą.

 

               Tam w sofijskim parku gdzieśmy spoczywali

               i pod cieniem drzewek lody zajadali,

               tam za dwa tygodnie przy tej samej ławce

               o pełnej godzinie znowu się spotkamy!

 

Jak się okazało, za te dwa tygodnie,

nie było już ławek, ani śladu po nich.

Tylko buldożery z hukiem przejeżdżały

i nową ulicę, przez park wyznaczały!

 

     Ale na tym miejscu i w dokładnej porze,

     znowu tu jadł lody nasz turysta, “orzeł”!

     Wracając do Rodos po nagłym rozstaniu,

     sen nasz był już krótki, a my niewyspani.

 

          Gdy nazajutrz słońce przeszło po zenicie,

          zbliżał się nasz odjazd i już po wizycie.

          Wyjazd niezwyczajny sama aura broni,

          powrotu do nędzy i na skały goni!

 

               Uderzenia wichru idące falami,

               zawracają wciąż łajbę do Rodos przystani.

               Leci fala za falą nagle grzmot szalony

               i naraz za burtą maszt i żagiel w toni.

 

Ciężki stół z napojami jeźdźi po pokładzie,

a turystka przestraszona leży pod ławami.

Pod pokładem panika, woda pompy myje,

silniki się krztuszą, zaraz pewnie zgasną,

to znów dziko wyją!

 

     Kapitan próbuje uratować żagle,

     wiąże do bariery strzępy “prześcieradeł”.

     Trzask łamanych desek, huk wody spienionej,

     końca wszyscy czekają naszej wspólnej drogi.

 

          Gorące powietrze od lądu w nas bucha,

          a za ścianą deszczu szczyt górski łańcucha.

          Nagle wszystko znika, wokoło ciemnieje,

          zapada noc czarna, turyści truchleją.

 

               Wiatr wyje dokoła ale nie przewraca,

               skały suną bokiem, cisza znów powraca.

               Długo jeszcze w nocy łajba się kołysze,

               coraz bliżej światła i portowej ciszy.

 

Lecz to było tak dawno, nikt z nas nie pamięta,

czy to była prawda czy zmyślona poenta!

Tylko parę fotek lub klatek z ekranu

zaraz odżywają przeżyte koszmary!

 

Kraków kwiecień - maj 1983 rok

 

 


 

4.3. Turecka gościnność

 

Potem był już  powrót z Riwiery tureckiej,

przez krainy nadmorskie pełne śladów greckich.

Obok Sardes, miasta co w uszach mi dzwoni,

 

     Jak to ten niewolnik co uszedł pogoni

     i z wieścią bieży gdy padnie wołając:

     Sardes gore25!  - Już nie żył!

 

          Co wybrać: czy dalsze Heliosu ruiny,

          bibliotekę Efezu lub Pergamon słynny?

          Gdy nadeszła pora i rozstajne drogi

          ciągle są dyskusje, co tu dalej robić?

 

               Czy zobaczyć żródła ciepłe w

   górach Pamukale26,

               zatopione miasta z kolumnami na dnie?

               Albo może skalny ślad Halikarnasu

               lub piaszczyste plaże pełne tych “golasów”?

 

A tu po Efezie zaraz są rozstaje,

trzeba skręcić w góry gdzie są Pamukale.

Widząc naszą troskę przechodząca “dama”,

wypytuje przyczyn i z miejsca je oddala!

 

     Prosi sama w gości, serdecznie zaprasza,

     ustawia przyczepy i nas uspokaja.

     Nie pozwala nawet umyć się z podróży,

     wszystko u niej w domu, sama nam usłuży!

 

          Po krótkiej naradzie znużeni wędrowce

          szybko podążamy za swym “Cicerone”!

          Za żelazną bramą stoi blok ogromny,

          szerokie balkony, dziedziniec przestronny.

 

W progu drzwi dziewczynka w nabożnych                       ukłonach,

 w rękach trzyma perfumy i skrapia po

 dłoniach!

 Wchodzimy do sieni, myjemy się z drogi,

  wtedy orzeźwieni w salonowe progi.

 

Po grubych dywanach, siadamy do stołu.

W bloku tym na piętrze, zgodnie tu mieszkało,

trzech braci z żonami i tłumy dzieciaków.

 

     Blok był z jednym wejściem dobrze u nas znanym,

     betonowe schody, murowane ściany.

     Wkoło bramy, kraty, przed blokiem ogrody,

     przepiękne altany, parkingi i schody.

 

          Na dole fabryka, place pełne pługów,

          a za traktorami narzędzi ciąg długi.

          Całe te zespoły do nich należały

          a wszystko zbudował patrzący ze ściany

 

               Portret ojca dostojny z tym władczym uśmiechem,

               dumny władca trzech fabryk patrzący w pociechy.

               Teraz tylko wspomnienie i nakaz z oddali,

               by to co rozpoczął wnet nie zmarnowali!

 

Długo przyszło czekać zgłodniałym turystom,

kiszki marsza grają a w kuchni wciąż pichcą!

Takiej to biesiady nikt by nie przewidział,

ze dwanaście potraw i ciast pół tuzina.

 

     Pizza po turecku, pizza z orzechami,

     słodkie winogrona z tymi cytrusami.

     Na naszej w rewanżu czystej “wyborowej”

     “Prezes” pokrzykiwał na cześć “atom bomby”

          Potem deklamacje, wiwaty prezesów,

          trudno dziś spamiętać tej biesiady kresu.

          Dobrze po północy, gdy już chcemy wstawać

          nogi nam się plączą, głowa nie ta sama.

 

               Musimy przeczekać aż się otrzęsiemy,

               bo tak bez “awarii” z domu nie wyjdziemy!

 

Kraków maj 1983 rok

 

4.4. Pamukale

 

Rano jeszcze zdjęcia w złocie gospodyni,

każda z pań przymierza łańcuchy na szyji.

Zdjęcia się udały panie w siódmym niebie,

czy ten łańcuch oddać (zostawić dla siebie?).

 

     Lecz żar z nieba bije czas się przeformować

     do jednego wozu by “petrol” szanować!

     Benzyna na kartki tylko w żandarmerii,

     a do Pamukale pięć godzin udręki.

    

          Przyczepy zostają w gościnnym ogrodzie,

          w cieniu pod drzewami i przewiewnym chłodzie.

          My ściśnieni w piątkę w jednym samochodzie,

          będziemy się dusić w spiekocie na drodze.

 

               Po paru godzinach hen na horyzońcie,

               widać białe szczyty (śnieg, na takie słońce?).

               Czarny asfalt drogi po ścianie się wije,

               stroma biała ściana, po niej woda płynie,

 

Całą szerokością ścieka kropelkami,

tworząc białe baseny pod tymi strużkami!

Z bliska lepiej widać balkony z marmuru,

na krztałt leśnej huby przywartej do muru.

 

     Na ścianie czarne krzaki i czerwone “róże”,

     a wszędzie w tych basenach moczą nogi ludzie.

     Duże grupy pielgrzymów, turystów też wielu

     lecz dopiero na górze będziemy u celu.

 

          Tam na płaskowyżu z jednej strony drogi,

          greckie nekropolie, z drugiej rzymskie groby.

          Można zejść do wnętrza, pooglądać z bliska

          posągi i kruchty, choć posadzka śliska.

 

Lecz to jeszcze nie wszystko,

bo dalej przed nami,

            zatopione miasto z tymi kolumnami.

            Podjeżdżamy bliżej pod ogromne wrota,

            wszystko ogrodzone,

            na wstęp trzeba złota”!

Ceny horendalne, luksusowe wnętrza,

widać dla wybranych są tutaj przyjęcia.

Gdy tak rozważamy możliwości wejścia,

czytamy reklamy i robimy zdjęcia.

 

      Nagle  podjeżdżają na dużej szybkości

      wojskowe łaziki i żołnierze prości!

      W tłum ludzki celują, bronią potrząsają

      i wszystkich na boki od bram odsuwają.

         

         Wrota otwierają szeroko podwoje,

          portierzy znikają, (mamy wolną drogę!?)

          Szybko podjeżdżają czarne limuzyny,

          a z nich wysiadają “goryle27, “ pingwiny28!

 

              Za kolumną cylindrów dyskretnie wkraczamy

               i cudne kąpielisko z bliska oglądamy.

               Wchodzimy w kabiny, można się rozbierać

               i do ciepłej wody jeziora się schować.

 

Schodząc po kolumnach coraz głębsza woda,

lecz głowicę koryncką na dnie łatwo poznać!

Tu też niebezpiecznie zbliżać się do kogo,

wszędzie chodzą goryle i straszą jak mogą.

 

     Kąpiemy się grzecznie wspaniała ochłoda,

     chociaż “przymusowa” dużo sił nam doda.

     Czasu mamy niewiele bo zgodnie z umową,

     w Sofii mamy spotkać tych co Kretę wolą!

 

          W drodze jeszcze zwiedzamy,

          na wzgórzu wysokim,

          resztki świątyń Prieny na tle gór dostojnych.

          W głowie się nie mieści jak tu przed wiekami,

          kwitło życie bogate między kamieniami?

 

   Jeszcze tylko Pergamon słynny z                         księgozbiorów,

               oraz gaje oliwne lecznic Asklepionu.

               A na koniec Troja,

               siedem warstw dziejowych

               i muszle Dardanelów z wody wyłowionych!

 

                                                               Kraków maj 1983 rok

 

 

 

4.5. Powrót

 

Przy wyjeździe z Azji w kolejce do promu,

w wiadrach przemywamy sortując naprędce,

zbiory muszli barwnych z wody wyłowionych,

dzieląc na gatunki, rodzaje, kolory.

 

     Wczasy nam się kończą, już Europa blisko,

     a tam w Sofii nas czeka tęskne “biedaczysko”!

     Prom wolno się zbliża, teraz droga powrotna

     i to już jest wszystko! Kończy się przygoda.

 

          A za parę tygodni nikt trudów nie pomni,

          życie spowszednieje a praca przegoni.

          A gdy  tylko czasem wzrok nasz przemęczony

          spocznie na muszelek zestaw nieskończony,

          zaraz twarz rozjaśni pomną chwil niezwykłych.

 

                Tutaj obraz naczyń samowar mosiężny,

                A tu barwy muszli tak dziwnie pokrętnych.

                Tu konik trojański tuż obok kindżału

                 i pochwa ozdobna z kamieniem koralu!

 

Tam, posąg Artemidy “sto piersi obnosi”,

(A Konik trojański chce ze szafy skoczyć!)

Czasem  wnuków zabawi  muszla kolorowa,

i zaraz się rozjaśnią szare dni domowe,

 

            Wtedy oczy tęsknie szukają albumów

            i zdjęć co oderwą od codziennych trudów!

 

Kraków grudzień 1997 rok

 


 

5. Demoludy (satyrki itp.)

 

 

5.1. Festyn 3-go Maja w Krakowie

 

 

Witaj majowa jutrzenko

świeć naszej polskiej krainie”!

Tak śpiewali przy kościele,

w tłumie zwartym przyjaciele,

 

     Młodzież piękna i dorodna,

     starsi, damy i biedota.

     Nagle wielkie poruszenie

     i do tłumu przemówienie:

 

           “Szybko rozejść się do domów,

           bo napuścim chłopców z ZOMO”!

           Głośnik trzeszczy, lud się burzy,

           młodzi krzyczą coś do wtóru

           i widelce pokazują.

         

               Tłum rozchodzi się na boki,

               bo w oddali słychać kroki.

               Idzie ZOMO kolumnami,

               w hełmy, tarcze, przebierani,

 

Uzbrojeni, napojeni,

a sikawki tuż przed nimi,

drogę czyszczą”, obsikują

i tak prosto w tłum celują.

 

     Lud rozpierzcha się na strony,

     wrzaski, piski, przeklinania.

     Tak zaczyna się zabawa,

     w policjantów i złodzieji”!

     (Z lat młodości przypomnienie).

 

          Lecz z “niewinnej” tej zabawy,

           rozpoczyna się bój krwawy.

           Lecą flaszki i kamienie,

           za rogami lud się śmieje.

 

               Chłopcy z ZOMO rozjuszeni,

               strasznie boją się kamieni.

               Na Grzegórzkach tam gdzie Hala29,

 

Pod wiaduktem poruszenie,

bo kolumna w miejscu stała,

zamknąć Rynku nie umiała.

 

     Jak stanęła przed wiaduktem,

     gdzie schroniła się gromada,

     tak przez godzin kilka stała

     dojść do Rynku, sztuka cała!

 

          Nie pomogą gaz, petardy,

          trza nastawić łeb swój hardy,

          trzeba szarży wkoło bloków,

          by się dobrać torem z boków.

 

                 Wiadukt przebyć to nie żarty,

                 z góry sypią się kamienie,

                 lecą szyby z aut na ziemię,

 

Świecą z dala reflektory,

gaz się ściele przy kościele,

płaczą wszyscy łzy się leją,

a sikawki wciąż szaleją!

 

     Biją w okna co otwarte,

     w korytarze, klatki, sienie,

     tam gdzie tylko jakieś cienie.           

 

          Tu sygnały pogotowia,

          tam znów ktoś o pomoc woła.

          Takie teraz ma zabawy”,

          ten nasz Kraków cichy, stary...

 

 Nashville maj 1983 rok


 

 

5.2. Blady księżyca blask

 

Premier Lady30 Maryja

i Dziady” według Passenta

na jasnym szklanym ekranie,

Jej twarz wciąż uśmiechnięta.

 

      Dziady” wpatrzone pokornie,

      w życzliwą bladą twarz,

      mnąc czapki chłopskie w rękach

      śledzą w lecący z Niej blask.

 

            Denka się już wydymają,

            daszki sztywnieją w stal,

            pod ciężkim brzemieniem doświadczeń

            i dobrych Lady rad.

 

                  A Lady wciąż uśmiechnięta,

                  zamiast pożyczek, to rad,

                  a Oni wciąż o pożyczkach

                  i podrygują w takt.

 

"Wesele” to nie było,

chochołów dziarskich kwiat,

lecz mowa nad mogiłą,

jak w szekspirowskich snach.

 

(Na marginesie rozmowy w telewizji

                                dwóch dziennikarzy z Lady M. T.)

                                Wizyta Stalowej Damy”

 

 Kraków grudzień 1988 rok

 

 

5.3. Sąd nad Rzeczypospolitą

 

Sąd idzie!

Jeszcze echo niesie...

Sąd idzie!

Szmer po sali jak w lesie...

 

     Wchodzą sędzie kolejno

     w czarnych togach cali,

     na głowach birety,

     (w sali ludzie wstali).

 

          Twarze blade,

          błyszczące zapadnięte oczy,

          wargi sine,

          wyraźnie wydłużone nosy.

 

               Sąd idzie!

               Rzeczpospolitej Majestat!

               Pierwszy prezes, Sądu Najwyższego,

               zanim szesnastu, siada obok Niego!

 

Głos prokuratora

po sali się niesie,

wyłuszcza swe racje,

na szali chce zmieścić:

 

     “Tu kłamstwa i blaga,

     tu głosów przewaga”.

     Los Rzeczypospolitej

     bez przerwy się waży,

 

          Czy wybory ważne,

          a ludzie bez twarzy?

          Zaraz!  Teraz!

          Zaraz wyrok padnie!

 

               Sąd długo się naradza,

               nie wszyscy są zgodni.

               Dźwięk młotka donośny

               wyrok w kraj się niesie,

 

Choć kłamstwa stwierdzone,

a elekt się klei, decyzja jest jedna:

Vox populi - Vox Dei31!

 

     Na tronie zasiądzie

     ten z gładkimi słowy,

     nie zostanie fotel pusty,

     już lud schyla głowy!

 

Kraków, listopad 1995

 

 


 

5.4. Czerwone Zagłębe

 

Są na świecie lądy,

są na świecie kraje,

są na świecie różne

nawyki zwyczaje.

 

      Są takie dzielnice,

      są “Zagłębia32 całe,

      gdzie lud za mamonę

      zmienił obyczaje.

           

           Tam to obywatel

           do “żłobu” się garnie,

           byle zjeść i popić,

           pohulać bezkarnie.

 

                Mieć dużo srebrników

                wszystkie przywileje,

                niech inni pracują,

                On się tylko śmieje:

 

“Głupi stworzył robotę,

robota głupiego”!

Takie to na co dzień

wyznaje On credo.

 

     Za państwowe złoto

     i za bliźnich pracę,

     “w imię dobra ludu”

     socjalizmu racje.

 

          Tam jeden za drugim,

          ciągną do stolicy

          fotele zajmują,

          kumple - urzędnicy.

 

                Jeden jest kadrowym,

                drugi szefem właśnie:

                "Ty mnie dywan perski

                przecenisz na łachy,

 

Ja tobie na Krymie

dam bezpłatne wczasy..."

"Albo chcesz pojedziesz

jako ekspert ważny,

 

     Lub charge daffaires

     nawet do Kanady!

     A jak tam na tobie

     wszyscy się poznają,

 

          To w ambasadory,

          abyś nie był w kraju.

          Tam to naładujesz

          kabzy do rozpuku,

 

               A gdy już powrócisz,

               mogą Ci nadmuchać tu...tu..."

 

I tak to “koleżki”,

ich ogromne zgraje,

po calutkim kraju,

tworzą zgrabną sztamę.

 

     W prasie to próbują

     nazywać klikami,

     lecz potocznie naród,

     zwie ich złodziejami.

         

          Gdy już się napchają,

          najedzą do syta

          wtedy to szukają

          lekarzy i kwita...

 

               Ci  ich “poprowadzą”

               w inwalidów gremie,

               by mogli bezkarnie

               zyskać przywileje,

 

Ludzi nieskalanych,

ofiarnych pracusiów,

po szynki wystawać,

byle bez kolejek,

 

     Ludu naiwnego

     spożytkować dobra.

     Potem zaś ordery

     sobie przypinają,

 

          Kawalerem, złotem,

          piersi wypinają.

          Gdy już trudno znaleźć

          miejsce na baretki,

 

               Zbliża się ostatni etap

               to już ziemski:

 

Na cmentarzach starych,

gdzie są zasłużeni,

na poczesnych miejscach,

szukają przestrzeni.

 

     Lecz naród to widzi,

     wszystko zapamięta,

     choć serce zło czuje,

     ziemia przyjmie święta.

 

          Historia osądzi,

          wyda wyrok srogi!

          Drżyjcie małe dusze,

          gdy przemówią Bogi!

 

               I nikt bezkarnie

               nie wejdzie w ich cienie,

               co stanie się potem...

               pokrywa milczenie!

 

Kraków 1982 rok

 

 


 

5.5. Był raz sobie...

(Dyrektor)

 

Był raz sobie dzielny chwat,

chciał zwojować cały świat.

Cztery twarze on miał w darze,

lecz sumienia nie w nadmiarze,

 

     Dzisiaj dzielne jego syny

     całkiem się już znarowiły,

     mają maski jak wypadnie,

     na każdą dzienną okazję:

 

          Ta dla szefa, ta dla żony,

          ta w urzędzie, ta dla “WRON”-y.

          On solidny w Solidarności,

          ma w Milicji znajomości,

 

               On proboszcza w mankiet cmoka,

               on w ZBOWID-zie, jak ta kwoka.

               Wszystkim chętnie potakuje,

               przy okazji sok zlizuje.

 

Jemu ksiądz śle msze dziękczynne,

sam już nie wie z kim się bratać,

komu dzieci swe wyswatać,

na placówki w świat wysyłać,

czy w ministry je zatrzymać?

 

     A jak jest już całkiem sam

     maska spada...(ktoś tu cha...)

 

Frydman, jesień 1983 rok

 

 

5.6. Światowid

 

                                   Motto:

 

                                            Miałeś Szefie krążków wór,

                                            miałeś w biurze z wujów chór,

                                            krążki obcy wzięli,

                                            chór w innej kapeli,

                                            ostał Ci się w sejfie mól!

 

Wstaje rano maska33,

zaraz do obrazka!

Spogląda lustruje,

makijaż szykuje.

 

     Oblicze posępne,

     oczy latające,

     ręce duże lewe,

     a paluchy drżące.

 

 

          Zgadnijcie sąsiedzi

          nad czym On się biedzi?:

          Mieć maskę na co dzień,

          na każdą okazję,

 

               W domu przy śniadaniu,

               a nawet przy praniu.

               Sama się układa

               zmarszczki wyrównuje.

 

Gdy pełnia się zbliża

tłusta twarz okrągła,

w księżyc się wpatruje,

jak paciuk w korycie,

w takt pod nosem chlipie.

 

     W drzwiach automatycznie

     surowo tężeje,

     gdy żegnając żonę,

     jeszcze mu się śmieje.

 

          Od ucha do ucha

          zęby białe świecą,

          lecz oczy świdrują

          korytarza przeciąg.

 

               Wśród tłumu, gdy pruje

                taki bez wyrazu,

                by schować się cały

                jak ziarnko na plaży.

 

W urzędzie się kłania,

nisko głowę schyla,

ostrożnie by treska

się nie przechyliła.

 

      A gdy nie po myśli

      idzie lewa sprawa,

      nagle twarz tężeje,

      wcale nie ta sama!

 

           Z oczu gromy biją,

           z ust syk się rozlega,

           zasłużony papier

           na stole zabiela,

 

               Lub worek zabrzęczy,

               cały z srebrnikami,

               złamie urzędnika,

               też interwencjami!

 

Przypuszczony atak,

każdą duszę złamie.

Niechaj ludzie wiedzą,

nie zadzieraj (cha....)!

 Kraków sierpień 1983 rok.


 

 

5.7. My Polacy - my lubim biesiady

 

Choć na świecie kryzys, choć na świecie bieda,

to bez miłych gości, żyć się nam już nie da.

Tak więc gdy na codzień chleb postny zjadamy,

to dla miłych gości szynki wyciągamy.

 

     Szynki co najchudsze, szczupaki srebrzyste,

     a na codzień rzepki, “krwawe kubasice"34.

     Wtedy gospodarza podnosi się głowa,

     gdy mu coraz głębiej zapada się stopa,

 

          Hardo patrzy z góry, na wszystkie sąsiady,

          pod pięknym obrusem ukryte łachmany.

          Ukryte łachmany, niespokojna dusza,

          jak w padlinie białe robactwo się rusza.

 

               Tak też jest na codzień w urzędzie, za ladą,

                hardo trzymać głowę, chleb jeść z marmoladą.

                Jeden się przed drugim wypina, wydyma,

                a dusza jest płaska, - serce jak z kamienia.

 

  Kraków, 1982-gi  rok

 

 

5.8. Rozkosze blokowe

       (Sąd nad drzewem!)

 

Zeszły się raz trzy,

starsze panie u drzwi.

Jedna mówi do ucha,

choć, ta druga nie słucha.

 

     Hej topolo wysmukła

     nadszedł chyba twój kres!

     Mówią panie cichutko

     mówią raz dwa trzy.

 

          Ustalają co gdzie komu

          a gdzie będziemy my!

          Mówić muszą wprost do ucha

          bo za drzewem znów coś stuka:

 

               Nosy, uszy coraz bliżej...

               Liście lecą coraz niżej...

               Drzewo rośnie za wysoko!”

               (Pewnie sięga już obłoków),

 

A jak znów zawieje wiatr

liście lecą że aż strach!

Nic nie widać, nic nie słychać!

Gdy ktoś mówi, lub ktoś sika.

 

     Co tu robić? Gdzie się skryć?

     My tak nie możemy żyć!

     A jak w zimie spadnie śnieg,

     drzewo runie a blok nie?

 

          Może trzeba na mszę dać?

          Może na wieś, trzeba wiać?

          Lecz tam pełno jest niestety

          drzewek, krzaków, krów...o rety!”

 

               Temu konar w okno włazi,

               świat zasłania przez to wadzi.

               Za to w górze są widoki

               nie zasłania nic obłoków!

 

Zieleń widać piękną z góry

i powietrze! - Wprost Mazury!

Lub Bieszczady nie zatrute!

 

     Tym na dole tym już gorzej!

     Pnie omszałe, widok z okien

     na śmietniki, resztki trawy

     i kwietniki, obsikały

 

           Pieski, kotki, spaskudziły

           też chodniki! Bo to wybieg

           jest najprostszy, gdy daleko

           iść w Aleje, piesek za drzwi

 

                I już leje! Albo garbi się

                z rozkoszą, a to wszystko

                ludzie znoszą!

 

Co tam kogo to obchodzi,

że na dole komuś gorzej,

okna nie da się otworzyć,

bo już śmierdzi, jak w oborze!

 

     Albo auto, gazem bucha,

     albo handlarz, “WC” szuka!

     Czasem nawet, sąsiad z góry,

     zamiast piąć się, hen do góry,

 

          Trąbi w okna, z samochodu,

          by wywołać, ciocię z domu!

          Ciocia głucha jest w sam raz,

          więc on trąbi trzeci raz!!!

 

Kraków 25 październik 1994 rok

 

 


 

5.9. Do sąsiada !        

       (Ranek pod oknami)

 

Ja nie muszę być artystą,

chociaż lepiej umię wszystko,

ani tęgim dyrektorem,

co poucza dzieci w szkole.

 

      Ja nie muszę być doktorem,

      za to tylko zdrowie wolę,

      ale muszę rano wstać,

      pojeść, popić, no i gnać!

 

            Tam do pracy, do roboty,

            zamiast pieścić czarne koty,

            lać im mleczko do miseczki,

            no i wołać: “choć koteczku”,

 

                 Ciągnąć smycze po trawnikach,

                 czekać czy już przestał sikać!!!

 

Kraków. 22.03.1993 rok

5.10. ňniwa

 

Dobry Boże! Dobry Boże!

Dałeś temu co nie orze,

co nie orze i nie sieje,

tylko zbiera kiedy dnieje.

 

     Zbiera cicho po cichutku,

     ale z całkiem dobrym skutkiem!

     Ma już pełny spichlerz prawie,

     jak to mówią “sen na Jawie”.

 

           Zwykli, chodzą do roboty,

           by wyciskać siódme poty,

           jedzą chlebuś z margaryną,

           na “zagrychę” z jabłek wino.

 

                 Zaraz mają tęgo w czubie,

                 a robotę tylko w “dziubie”!

                 Ci mądrzejsi, te  cwaniaki”,

                 nie zrywają się do pracy.

 

Śpią do późna, a w południe,

kiedy słonko świeci cudnie,

wychylają ze swych łóżek,

by nie zziębić swoich nóżek.

 

     Potem kilka telefonów

     i już będzie kupa bonów,

     złotóweczek i zielonych,

     albo innych tych “walorów”!

 

          Tak się kręci cała “chała”,

          co się niegdyś Krajem zwała!

          Czym się skończy ta zabawa,

          tego nie wie nasza “strana”,

 

                Wszystko w ręku jest Lenina,

                szybko znajdzie on Stalina!

 

Kraków, 1978 rok

 


 

5.11. Koszmarny sen Wacusia

          [Po wizycie przyjaciół]

 

Był w cyrku,

 gdzie rolę błazna

  grał sam,

   a żona Jego

    była dyrektorem!

 

Ale było wesoło!

 Publika szalała

  z radości,

   wszystkie numery,

    były wspaniałe!

 

Dyrektor olśniony sukcesem,

 pił wino

  i wymyślał

   coraz to inne

    numery.

 

I tak  prali

 wspólnie wszystkie

  brudy domowe,

   ku uciesze

    tłumu.

 

Szczególnie tresura,

 wypadła wspaniale.

  Numery były

   coraz swobodniejsze,

    porcje bielizny sięgały

     pościeli!

 

Gospodarz dolewał wina,

 Pani stawiała zakąski.

  Dyrektor kłaniał się,

   coraz niżej i zbierał,

    oklaski...

 

Wszystkie oczy skierowane

 były na błazna.

  Pot spływał mu z czoła

   i rył pionowe, diabelskie

    zmarszczki!

 

Sukces był zupełny.

 Dyrektor pił wino.

  Publika szalała.

   Rola błazna była coraz,

    smutniejsza!

 

Zbudził się Wacuś,

 z tępym bólem głowy.

  Niestety!

   Wszystko to było,

     p r a w d ą !!!

 

Kraków, 1984 rok

 

 

5.12. Jasiu...

 

A Jasiu “nieboszczyk”,

przed “śmiercią” się ostrzygł,

z fasonem równiutko, na przedział.

 

     Gdy słońce już zaszło,

     a psy się uśpiły,

     wziął lampę naftową

     wszedł między mogiły.

 

          Lecz nikt mu na przeciw

          nie wyszedł z pomocą,

          w łydkach ma już dreszcze,

          oczy mu się pocą.

 

               Wszystkiemu jest winna

               kostucha niecnota.

               Po co ci Jasieczku,

               ta głupia robota,

 

Po co czarny garnitur

i krawata sznurek.

Po co ci Jasiuniu

ta modna fryzura,

 

     ňadna panna nie sprawdzi

     co dała natura.

     I Jasiu “nieboszczyk”

     na darmo się ostrzygł,

 

          Z fasonem równiutko

          na przedział.

 

               Gdy rano się zbudził,

               na darmo się trudził,

               nikt o tym co przyśnił,

               nie wiedział.

 

                                    Kraków, luty 1988 rok

 


 

5.13. Co się  dzieje?

 

Nie wiem w ogóle

 co się dzieje?

  Ktoś coś mówi?

   Ktoś się śmieje?

    Czy ktoś płacze?

     Czy narzeka?

 

       Może na mnie,

        ktoś, gdzieś czeka?:

 

Ktoś, gdzieś czeka!

 Ktoś, mnie goni!

  Ale przecież,

   to nie Oni!

 

     Oni mają

      swoje sprawy,

       dużo forsy

        do zabawy!

 

Dużo seksu,

 dużo złota,

  taka cała

   Ich robota!

 

     Po co, na co,

      te podchody,

       nie przychodzi

        mi do głowy,

 

ňadna mądra

 sprawa jaka,

  po co tylu

   na Świstaka35?

    

On tak pięknie

 gwizdać umie,

  a jak gonią,

   znika w tłumie.

 

Jak przebiegną,

 On znów swoje.

  Ludzie patrzą

   zachwyceni,

 

     Może ich

      w aniołki zmieni?

 

Albo jeszcze

 lepsza sprawa:

  Gdzie się podział

   ten “Zabawa35?

 

Tu się kręcił,

 tu rozrabiał,

  ale w końcu

   chyba nawiał!

    

Cały czas

 był na Ich oku,

  ale teraz,

   zrobił ku - ku”!

 

Jak jest teraz

 tak potrzebny,

  zniknął, jak kamfora

   we dnie!

 

Trzeba wszystkie

 odkryć karty,

  bo to nie są,

   żadne żarty!

 

Trzeba nisko

 schylić głowy,

  dotknąć ziemi

   do połowy,

 

A gdy spłynie

 już natchnienie,

  wtedy plackiem,

   paść na ziemię!

 

Kraków luty 1991 rok

 

 

 


 

5.14. Do wizyty Gorbaczowa w Polsce36

 

Ja dziś modlę się często,

za braci Rosjan, Polaków,

których bracia Słowian”, Rosjanie

gnębili i mordowali.

 

      Ja dziś modlę się często,

      że nie ma Dżingis Chana

      i jak to się Pan wyraził:

      “ňe sytuacja nie ta sama!”

         

              Ja modlę się za Słowian,

              tych braci Rosjan, Polaków,

              których w lagrach bracia Słowianie,

              “uczyli” w Syberii na drwali!

 

Ja modlę się za Słowian,

wybranych z tysięcy żołnierzy,

co strzegli naszych granic

i za to zostali straceni!

 

      Z selekcji w lagrach zostali,

      czekając na uwolnienie,

      nie wiedząc że będą ich zsyłać,

      partiami na zatracenie.

 

            Okrutni bracia Słowianie,

             prowadząc podstępnie do lochów,

             zarzucali im płaszcze na oczy,

             opornym ręce wiązali

             i zaraz kula w tył głowy!!!

 

Po nocy ciała chowali,

wywożąc w leśne ustronia,

by świat się nie domyślił,

bo tajemnica to była sroga!

 

      Nie darmo płaczą wdowy

      i dzieci, czekając cieni,

      prawda”, jak ropa wypłynie

      i ciała odsłoni ze  ziemi!

 

            A katom nawet najtwardszym,

            po nocach majaczą się cienie,

            na darmo szmal i gorzałka,

            - zagryzie ich sumienie!

 

Na darmo mordercom kary,

na darmo dyscyplina,

jak tylko nerwy popuszczą,

ich losu też nic nie zatrzyma.

 

      I tak już po kolei,

      jak tylko ręce krwawe,

      ginęli w tajgach Sybiru,

      lub szli na rozstrzelanie.

 

            Przeklęta nieludzka ziemia,

            swe dzieci także pożera,

            za dużo jak chcą wiedzieć,

            to miejsca dla nich niema!

 

Przeklęta nieludzka ziemia,

czy Boże tam żyje plemię?

Co nie zna ludzkich uczuć,

choć także karmione chlebem!

 

     Nienawiść jak morze w około,

     a jad toczy ich dusze,

     by władza z rąk ich nie uszła,

     żelazem posłuch wymuszą!

 

          Przeklęta nieludzka ziemia,

          choć słońce tam wstaje to samo,

          ludzie na pozór pogodni

          i ptaki pięknie śpiewają.

 

               Gdy mocniej nastąpisz ziemię,

               z pod buta krew Ci wytryska!

               Gdy tylko ruszysz łopatą,

               piszczele w  ziemi błyska!

 

Nikt nie wie za co, dlaczego?

Nikt wiedzieć nie chce, bo po co?

Wciąż nowe jadą kibitki”,

wciąż nowe ofiary tu goszczą!

 

     Tam słońce cudownie wschodzi

     i ptaki śpiewają radośnie,

     a milion istnień ludzkich,

     zostawia tam swoje kości.

 

          Po tajgach i lasach rozsiane,

          zimą śnieg je przysłania,

          gdy przyjdą roztopy wiosenne,

          zostaną w błoto wdeptane!

 

               Nad tajgą szumią wichry,      

               w gałęziach leśnych drzew,

               lecz ptaków świergot ścichnie,

               gdy ziemi poczują dech!

 

Tu widać kto władzę sprawuje!

Tu poznać, czy władza od Boga?

Wśród ofiar starzy i młodzi,

uczeni  i gawiedź prosta.

 

     Kto dał tym zbirom władzę?

     Kto na to dał przyzwolenie,

     by cierpiał naród niewinny,

     na czyje to polecenie?

 

          Jak długo jeszcze milczenia?

          Jak długo świat obojętny?

          Czy ockną się ludzkie sumienia?

          Czy ciągle smutek bezmierny?

 

               Czy Bóg wybaczy ludziom?

               Czy ludzie potrafią zapomnieć?

        

Szanowny Panie Gorbaczow!

Czego Pan dzisiaj się boi?

ňe u bram Rosji stoi NATO?

Czy CIENI wczorajszych zbrodni?

 

     Przecież nie żyją mordercy!

     Niewinne” ich dzieci zostały!

     Co nic nie wiedzą o zbrodniach

     i nawet nie słyszały!

 

          Nikt nie chce płacić rachunków,

          za ojców swoich i braci,

          wziąć “tylko” znowu chcą władzę,

          a długi, - to Pan Bóg zapłaci!

 

               Gdzie Pan był wtedy Gorbaczow?

               Czy modlił się Pan do Boga?

               O raj i sprawiedliwość na świecie,

               szczególnie” na ziemiach wroga?

 

Ja wiem co Pan porabiał?

Pan uczył się sztuki rządzenia,

jak ująć władze w swe ręce,

a nie obarczyć sumienia.

 

     Jak tylko zdobył Pan władzę,

     poznał tajniki rządzenia,

     przeraził Pana los ofiar,

     odpowiedzialność rządzenia.

 

          Ucisk milionów ludzi,

          wtłoczonych w system zbójecki,

          dla jakich ideałów?

          A CIENIE wychodzą z cienia!

 

               I dziś Ci bracia Słowianie

               czują się zagrożeni?

               ňe do ich granic państwa

               podchodzi NATO (CIENIE)?

 

Inowrocław marzec 1997

 

 

 

 


 

 

5.15. Biali niewolnicy

 

Biali niewolnicy

na własne życzenie,

jadą za ocean

wiążąc tam nadzieje,

 

     By w katorżnej pracy,

     uciułać zielone,

     aby w domu być panem,

     a nie tanim wołem.

 

          Lecz pieniądz nie zmieni

          ni duszy, ni chcenia,

          kto urodził się w pętach,

          żyć będzie dla cienia.

 

               Nigdy już nie zmieni,

               skóry demoluda,

               nawet w wolnym świecie!

               Ja nie wierzę w cuda!

 

Przed cieniem nie umkniesz,

ani na kraj świata

i zawsze zostajesz,

pod opieką “brata”?

 

Kraków 1989 rok

 


 

 

 

5.16. “Genius Loci - to ja”!

 

 

“Genius loci, -  to ja!”

Wawelski stwierdził, Smok:

“Czy w smogu, koniec nasz?”

Zapytał teraz On.

 

     Tu wskoczył na kamień już

     i grzmi na Kraka lud:

     “Kto wodę poda mi?

 

          “Bo Wisły stromy brzeg,

          bo gaz przepala dech

          i język zesechł mi!”

 

               Przeskoczył kamień znów,

               wypina stali bok,

               gdzie miał gładziutką sierść,

               gdzie ostre szpony nóg. 

 

A Wandy gdzie mogiła,

wyrosła z ziemi “bryła”,

- cały kominów sznur,

 

     ňelazny tworząc mur,

     królewski opasa gród,

     śmiertelny ciągnąc smród.

 

          Wskoczył na kamień znów,

          przeciągnął stali bok:

          “Gdzie czysta woda ma,

          gdzie dziewic, zwykły sznur?”

 

               “Za grzechy naszych dni,

               ja cierpieć muszę wciąż,

               do końca moich dni

               i nikt nie wesprze mnie?”

 

Powstają bloki wkrąg,

błyskają flesze wciąż,

gdzie dąb i dziupla ta,

gdzie urok Piastów trwa!

 

     Czy mógłby ktoś dać znać,

     Jak zacznie się coś dziać ?

 

Millburn 1.04. 1998 rok

 


 

6. Wakacje emerytów

 

 

6.1. Lato nad Dunajcem

 

Długie lato, smutne lato,

na pozór spokojne,

już od czerwca nad Dunajcem,

Dziadzio toczy wojnę.

 

     Wkoło cicho i bezludnie,

     na pozór spokojnie,

     Dziadzio łowi, grzyby zbiera

     i wciąż toczy wojnę.

 

          Tę z myślami, tę  najcięższą,

          choć wokół spokojnie.

          Wszystko idzie jakby we śnie,

          słońce świeci znojnie.

 

               A gdzieś w świecie,

               za morzami, dzieci same,

               w świat się pchają, wyzywają

               czasy niespokojne.

 

Więc czy siedzieć pod pierzyną,

pędząc czas spokojnie,

jak przystało siwym włosom,

pijąc wino hojnie?

 

       Czy wyruszyć wszystko rzucić,

       i wziąść udział w wojnie?

 

            Albo twierdzę swą prywatną,

            opatrzyć przystojnie,

            jak rezerwę tę ostatnią,

            gdy już przyjdą do mnie!

 

Frydman, lato 1984 rok

  

 

6.2. Pozdrowienia z nad Białki

 

ňar z nieba się leje,

Białka kamienie toczy,

z głośnym hukiem się pieni,

grzywy białe przenosi.

 

      Gdzie niegdysiejsze koryto,

      księżycowy krajobraz roztacza,

      wzgórza krągłych kamieni,

      krzewem dziurawca zarasta.

 

 

 

            Przyczepa w ostatnich już sosnach

            skryta, wtopiona przy ostach.

            Trzepocą płachty na wietrze,

            chłodząc w spiekoty czas.

 

 

Widok niezwykły roztacza

na Gorce, Tatry, Pieniny,

a w dole pocięte przestrzenie,

przyszłe jeziora dno,

 

      Poryte żelazną ręką,

      lecz komu poco to?

 

Frydman 27. 08. 1988 rok


 

6.3. “Sanato”

 

Zgadnij co to jest "Sanato"37?

Nie ňegiestów, nie Łopata,

widok z drogi do Popradu,

a wieczorem to pan "Prado".

 

      Na Sylwestra, to Łopata,

      dobra jest na stare lata.

      Lecz na codzień to "Sanato",

      nie wiem nawet kto to zna to.

 

            Zlatywały tam "motylki".

            Choć za oknem tęga zima,

            bez motylków życia nie ma.

 

Snują cienie w korytarzach,

szepczą cicho coś po kątach,

czasem tylko drzwi zaskrzypią,

czasem nawet ktoś coś sprząta.

 

      Lecz gdy zbiegną dwa motylki,

      zaraz wszędzie śmiechu tyle,

      już o zdrówko się pytają

      i na spacer zapraszają.

 

           Po posiłkach czasem "mowa",

           reszta się po kątach chowa,

           a motylki wtedy cztery,

           chodzą sobie na spacery.

 

Duża Myszka, mała Kasia,

jedna koło drugiej hasa.

Są tam także dwa motyle

takie duże, no i tyle.

 

      Smutny byłby turnus taki,

      bez motylków w tym "Sanato".

 

ňegiestów, grudzień 1988 rok

 

 

 

6.4. ňegiestów zimą.

       (Przystanek) 

 

Na przystanku stanął cień,

zrazu prosto, potem chwiej.

To pod światło, to znów w cieniu,

to do jezdni, to spowrotem,

to przy słupkach znów jest potem.

 

     Trzeba skoczyć jednym susem,

     kiedy księżyc będzie w górze!

     Lecz łańcuchy są złośliwe,

     przy siadaniu słupki krzywe,

 

          Łapią spodnie tak za pasek,

          w górę nogi, głowa w piasek.

          Spodnie pękły dobroczynnie,

          można leżeć tak niewinnie.

 

               W miękkim śniegu tak wygodnie,

               tylko w głowę trochę chłodniej.

               Chwila ulgi, -  o radości,

               można rozprostować kości!

 

Lecz śnieg topi się złośliwie,

i w siedzenie coraz zimniej.

Teraz kumple go targają

i do domu gdzieś wpychają.

 

     A on woli tu na drodze,

     w domu będzie chyba gorzej.

     “Spowiednika”mu nie trzeba,

     tylko wody, trochę chleba...

 

ňegiestów, grudzień 1988 rok

 

 

6.5. Święty czy dureń ?

 

Trzeba chyba być świętym,

by tutaj nie zgrzeszyć!

Trzeba chyba być durniem,

by się nie pocieszyć.

 

     Babka mi się skarży,

     przy szlema rozgrywce :

     Sześć lat już nie spałam

     w męskim towarzystwie!”

 

          Babka jest do rzeczy,

          oczy ma figlarne,

          buzia pełna śmiechu,

          a bufory także!

 

               Trzeba być świętoszkiem,

               lub durniem bez granic,

               żyć tak w celibacie

               wśród spragnionych babek”?

 

Rano przed śniadaniem,

kąpiel w ciepłej wannie,

nogi w parafinie,

inhalacje i płukanie.

 

 

     Trudno się tu nie pomylić,

     wkoło ciała grzeszne lale,

     żądne życia.

     

          Trzeba być świętoszkiem,

          lub durniem bez granic,

          by się nie pocieszyć,

          nie zważając na nic!

 

               ňona pyta w domu :

               Jak się sprawowałeś?--

               Cóż mam odpowiedzieć?

 

(Bo w stawach mi strzyka,

Nogi cierpną,

kręgosłup doskwiera,

serce pika, oko tika,

głowa pęka, wątroba uwiera,)

 

     By być w zgodzie,

     z samym sobą,

     mówię do Niej

     chmurnie, dumnie :

 

          “Byłem chyba

           świętym durniem”!

 

Kołobrzeg, kwiecień 1984 rok

 

 

6.6. Sen o Solince

 

Spokojne lustro wody,

a w nim odbicie nieba,

księżyca rogal biały

i grzbiety leśne, z lewa.

 

     A w tle, blondynka ruda,

     z czarnym wąsikiem w jeż,

     drżące suche powieki,

     a język długi też.

 

          Wypukły sweter złoty,

          a pod sweterkiem gdzieś,

          (mówić mi nie uchodzi),

          kołyszą się do słońca,

          no te”, okrągłe,...wiesz!

 

               Czerwony kapelusik,

               z zielonym piórkiem,

               na wargach uśmiech

               Giokondy też.

 

 

Nóżki sarenki,

penciny krówki,

zalotna mowa,

ochłapu kęs!

 

     Kuksy pod boki,

     łaskotki w żebra,

     gdy z autobusu

     wysiadać chcesz,

 

          Wiejskie zaloty,

          miejskie ciągoty,

          i wszystko naraz też!

 

               Za oknem w polu biało,

               w tle ta blondynka chodzi,

               a za nią Kocurowa,

               laską wywija i głosi:

 

Samochód tu stał wczoraj,

a dzisiaj tu go nie ma!

Gdzie jest ten wasz samochód?

I znowu: tu samochodu nie ma!

 

     Lody ruszyły wreszcie,

     gdzie łączy San z Soliną.

     Szumią jodły na wietrze,

     igliwiem za oknem sypią.

 

          Jelenie ryczą w dali,

          echo po wodzie niesie,

          zbliża się wiosna cicho,

          do słońca śnieżyczka pnie się!

 

Polańczyk marzec 1991 rok  

 

 

6.7. Pantarei38

      (Prima Aprilis, kłopoty Czesia)

 

Bo w życiu wszystko płynie!

Już w domu małej dziecinie,

do głowy kładli niezmiennie,

 

     ňe łóżko Ma ścielić sumiennie,

     dosunąć równo do ściany

     i zawsze ma słuchać Mamy!

 

          A w szkole mu dokładano,

          że wszystko ma robić tak samo.

          Gdy starszy poszedł do pracy,

           to też nie było tak cacy!

 

 

Bo w biurze wszystkie projekty,

uzgadniał z B.H.P.-e, niestety!

A w domu to miał odwrotnie,

 

     Co czarne, bielało okropnie,

     białe, czerniało niezmiennie,

     a brzydkie, to było przepiękne!

 

          Na nic są Jego udręki,

          sąsiadki słowa są święte!

          Nóż w zlewie ostrzem do góry,

          widelce celują Mu w chmury!

 

               Ten człowiek to wszystko znosi,

               i chwalić powinien to pod niebiosy!?

               Choć może nadziać się w łapę,

               woli nie ruszać, (bo drapie?).

 

Czy palce są czyste, czy noże,

to myje je sobie sam, w pokorze.

 

Millburn 1.04.1998 rok

 

 


 

6.8. Zaplanowane wakacje Dziadziusia

 

W tym roku to Dziadziuś odpocznie!

W tym roku to wszystko się dotrze!

Nie będzie pośpiechu ni nerwów

nie będzie na obiad konserwy!

 

     Na chłody to będzie centralne,

     na deszcze to plastik naturalnie!

     Na strachy to gaz i pistolet,

     na to to”, to sedes non olet”!

 

          Dojazd to będzie wspaniały,

          Jetta to wóz doskonały!

          Dostawa ze wsi jest pewna,

          a rower z przerzutką już czeka.

               Na wsi w lodówce kotlety,

               w ubojni, kabanos i steki.

               Tylko jeść kto to będzie,

               niestety?...

 

Nie będzie końca rozprawom,

gdy rożen zapachnie sasiadom,

mięta, rozmaryn, z szafranem,

lub ryba winem polana.

(Brakować może szampana)?

 

     Zawczasu, by bez pośpiechu

     zajechał Dziadzio swą Jettą,

     na kamping coroczny nad rzeką.

     Cudowna zieleń dokoła,

 

          Łagodne słońce na niebie,

          Tatry ich szczyty ze śniegiem,

          Pieniny i Gorce pod bokiem,

          nad Białką, Dunajcem szerokim.

 

               Gdy wszystko tak przemyślane,

               to będzie lato wspaniałe!

               Za tydzień zjadą sąsiedzi,

               a Babcia ciągle się biedzi!:

 

“Jak przyjąć swego wnuka,

czy urósł, czy wejdzie do buta?

Czy będą jego koledzy?”

Tak Babcia się biedzi i biedzi!

 

     A teraz pod koniec lata,

     sumuję wakacje, (do kata!):

     Kilka powrotów do domu,

     (by przywieźć wszystko, co komu!).

 

         Wyjazdy w zdarzenia losowe,

          tragiczne w rodzinie i przypadkowe.

          Wyjazdy na zmianę radosne,

          po komplet wnuków najmłodszych.

 

          

 

 

 

   Rytm stały nadaje słońce,

               ogniska i śpiewy na łące.

               W wakacje dzień każdy niezmienny,

               to jego smaczek codzienny.

 

Powraca zawsze ta sama,

zaduma nad losem barana,

co pasie gdy trawa soczysta,

a woda Białki przejrzysta.

 

     A nie wie co z nim się stanie?

     (Być może comber barani!).

     Te zbiory grzybów jesienne,

     te słoje smaków kuchenne.

 

 

       

 

           Sok z malin i tarta róża,

           zimą to radość duża!

 

Kraków wrzesień 1994 rok.


 

7. CUD AMERYKA - CUD!

 

7.1. Nowy Świat - odwiedziny

 

Gdy tylko samolot wzbił się ponad chmury,

słoneczny potok zalał światłem z góry

siedzące postacie, co w długim szeregu

leciały szukać szczęścia, tam na drugim brzegu.

 

     Patrząc tak na nich, w dali już widziałem

     dziecinne rączki z niemym zapytaniem:

     "Masz moje wędki? Czy nie zapomniałeś"?

 

 

          Jak przed miesiącem głosik w słuchawce z                      daleka,

           dopytywał twardo, sięgając pamięcią

           w Cuzony łowy, nad miednicą rzeką:

 

                "A drugi koniec gdzie?"- potem –

                "Nie ma sznurka!"

 

                 Do Babci rączek, nie chciał dać owoców!

                 Czy jeszcze pozna ta mała drobina

                 Babcię Danielę i swego Dziadziusia

                 co zostali daleko, hen na Starej Ziemi?

 

Tu stewardessa podaje frykasy,

a w dole zmarszczki na wodzie bez granic.

Z tej wysokości od czasu do czasu,

maleńkie czółna prują morskie fale.

 

     Ten wzrok sokoli - nie ujdzie uwagi

     ni mała wyspa, ani port w oddali.

     A teraz instrukcja: “Jak nad oceanem

     lądować w wodzie, w razie konieczności,

 

          Gdzie kamizelka, gdzie luk zapasowy...”

          Lecz wzrok bez przerwy błąka po przestworzy

          ciekaw nie ziemskich z wysoka widoków.

 

 

 

 

               Aż nagle w dali, horyzontów brzegi,

               ostre grzebienie bielą wyścielone,

               to już Grenlandia i Wikingów cele.

 

Płyną pod skrzydłem skaliste wybrzeża,

to lodem skute, to przestrzenne śniegi,

nim oko nasyci się nietkniętą ziemią,

z tej odległości bezludną i czystą,

 

      Już stewardessa każe pasy spinać,

      by “Nową Ziemię” kanadyjską witać.

      A w dole pasy widać już startowe,

      zarysy drogi i lasów zielenie,

 

          Tam już Kanada pachnąca żywicą,

          “Nowego Świata” ogromne przestrzenie.

          A za szybami znajoma gromadka,

          radośnie macha małymi rączkami!

 

               Ciągną się długo, prawie w nieskończoność,

               te formalności, paczki, transportery,

               by wreszcie objąć uściskiem te cztery

               osoby najdroższe na calutkiej ziemi.

 

Gdy już ucichły radości powitań,

wszystko jak we śnie samo się układa,

znika problemów zmora niesłychana,

bo wkoło działa gromadka kochana.

 

     Rączki się po wędki, same wyciągają

     i już nie puszczą nawet przez sen razem,

     w auta się ładują bagaże, klamoty

     i wnet z wizytą do krewnych ruszamy.

 

          Jest i szampana głośny huk wystrzału

          i błyski fleszów odbite na twarzach.

          Wszyscy tam razem z wrażeń upojeni

          wspólnie zasypiamy pokotem na ziemi.

 

    

    Rano już dalej, wstęgą betonową

                samochód nowe przestrzenie pochłania:

                ňegna Montreal, nad Wawrzyńca rzeką,

                wita Toronto, jezioro Ontario.

 

Ciągle się zmienia ziemia wkoło sama,

lecz tu nareszcie postój, szkoda że nie długi.

Wchłaniamy wszystkie nowości tej ziemi,

zwiedzamy główne metropolii centra.

 

     A wszędzie w tłumie, pędzących kamieni,

     po autostradach, tętnic tego miasta.

     W kilka dni później z miastem oswojeni

     do tempa życia, normy tego kraju,

 

          Ruszamy dalej, już tylko we troje,

          do Nashville w Stanach, studenckiego miasta.

          Tu jeszcze większe kontrasty przed nami:

          “Gałęzie życia, gęste autostrady,

 

               Gordyjskie węzły, kręte ślimacznice,

               dochodzą wszędzie, łącząc nieprzerwanie

               wśród drzew zieleni, od pracy po spanie”.

 

Kraków, grudzień 1984


 

 

7.2. Marysia

 

Marysia we Florhamparku,

jak “Ania z Zielonego Wzgórza”,

chowa się po krzakach

i znowu się wynurza.

 

     Uśmiecha się bez przerwy,

     przechyla głowę chytrze,

     to chowa się za Babcię,

     do Taty znów się mizdrzy.

 

          To znowu z piłką szaleje,

          lub wodą się polewa,

          to sama w brodzik wchodzi,

          gdy słońce zbyt dogrzewa.

 

Pod krzakiem misiek biały,

czeka na swą kolejkę,

trzeba go dobrze wymyć,

by białe miał futerko!

 

     A nocą, pod te krzaczki,

     schodzą się czasem sarenki,

     jest tu soczysta trawa

     i duże rosną sosenki!

 

Florham Park 1988C1995 r.

 

 

 

 

 

 


 

7.3. W Długi weekend - Dzień Pani Wiesi

 

Od rana krzątanie,

będzie wielkie sprzątanie,

lampę trzeba przerobić,

trochę ją przyozdobić,

 

     A przy wejściu, dokończyć

     musimy listewki.

     Dziś przyjadą znów goście,

     mówiąc o tym najprościej,

     pani Wiesia, Jej córka, lub zięć.

 

          Trzeba skończyć rysunki,

          niech zobaczą jak cudnie

          projektuje mój mąż,

          jak ma chęć.

 

               Sama muszę od rana

               zacząć od odkurzania,

               cała kuchnia lśni już cudnie,

               jak słońce w południe.

 

Bo uwielbiam ja gości,

mówiąc o tym najprościej,

od małego dziecka mój cel.

 

     Jak się ma "fix ideę"39,

     żyć jest zawsze weselej,

     można wszystkie swe smutki

     wyspowiadać (bez wódki!),

     zaraz w duszy i sercu jest lżej.

 

          Tego tak mi potrzeba,

          więcej niż na codzień chleba,

          od którego jest waga i spleen.

 

               Więc szoruję podłogę,

               okna, ściany, jak mogę,

               potem salon, porch40 i sień.

 

A przed domem też liście,

zbieram je uroczyście,

sąsiadce wątroba chce pęc.

 

     Na gazonach kwiecistych,

     pełno pędów liściastych,

     trzeba ostrzyc i skrócić ich pęd,

 

          Niesfornego rozrostu

          i do kształtów ich prostych

          gazonów ich wpędz.

 

 

 

               Boże, ile roboty 

               w takim domku, co soboty,

               gdy się ma mieszkać w nim, chęć.

 

Chyba lepiej już w blokach,

czynsz co miesiąc i po kłopotach,

a tu z miotłą i ścierką,

wciąż pędź i pędź.

 

     Ale wróćmy do sprawy,

     już nie czas na zabawy,

     kiedy gość ma się zjawić,

     co dać mu jeść?

         

          A więc teraz do kuchni,

          spiżarka wciąż chudnie,

          rośnie za to zastawa,

          wzdłuż i wszerz.

 

              Na skraju zakąski,

             sos z jajek i pączki,

             sałatki z jarzyn, jakie chcesz!

 

Potem z rzepki surówka,

a na humor też wódka,

trzy koreczki z kaperkiem,

gołąbki i śledż.

 

    Jeśli to jest za mało,

    to w rezerwie zostało,

    barszcz czerwony z uszkami i cześć!

 

        Na doprawę legumina,

        (smutne sprawy przypomina!),

        ryż na mleku i gruszki w syropie,

        (na sam widok już w nerkach coś kopie).

 

Będzie tyle zabawy,

kto wykończy te strawy,

na sam widok to człowiek chce pęc

 

    I to wszystko z panią Wiesią

    mam zjeść ?

 

 

                         Millburn, grudzień, 1992 rok 


 

7.4. Florhampark41

 

Florhamparku cieniste sosny,

zagubiona sadyba w zieleni,

skoszona równiutko trawa,

szpalery krzewów brzegi.

 

Marysia za drzewem się skrywa,

biały niedzwiedź pod krzakiem siedzi,

basenik z szemrzącą cicho wodą

i długi wąż wśród zieleni.

 

Na trawie zabawki rzucone,

klocki i lalki w nieładzie.

Po niebie smuga biała

sunie rysując ściegi.

 

Marysia za nią śledzi,

spóźniony warkot dogania.

 

Z drzew zbiega wiewiórka,

raz w lewo, raz w prawo zawraca,

a z dali dźwięk, - sygnaturka,

dochodzi z małego kościółka.

 

Gdy zapach parny przygniata,

doczesne sprawy znikają,

czas sennie, wolno się toczy

i tylko Marysi zachcianki,

wzywają Dziadzia pomocy.

 

 

 

 

Florhampark lato 1984

 

 

 

 

 

 


 

7.5. Pochwała dzikiego zachodu

 

Stany to jest to!

Czego nie przeskoczysz.!

Stany to jest to, -

co cię zauroczy!

 

     Tam to chodzisz z bronią,

     swoboda bez granic.

     Tam to nie istnieje, -

     co chcesz to dostaniesz!

 

          Tam załatwisz wszystko,

          zaś u nas, nic za nic.

          Tam to już z daleka

           ręką Cię pozdrowią.

 

               ňe bezbronna widać

               i nisko się skłonią,

               ze szczerym uśmiechem:

               Helo”- głośno mówiąc

 

I pustą dłonią

lekko potrząsając.

Nikt Cię nie potrąci,

nawet przepraszając!

 

     A gdyby tak do nas

     dobrą broń sprowadzić? -

     Każdy mógłby kupić!

     (Swoboda bez granic).

 

          Wtedy demokracja

          społeczna się uda,

          wzrośnie wartość człowieka,

          a nie demoluda.

 

               Poczucie godności

               wolnego człowieka,

               chociaż spodnie w łaty,

               jednak nie narzekasz!

 

Wtedy zaistniejesz

środkiem drogi kroczysz,

patrząc w lewo, w prawo,

nikt Cię nie zaskoczy!

Idę na zakupy! Cześć!

 

     Przypuśćmy że w sklepie

     same puste półki,

     gdy tylko się zjawisz,

 

 

 

 

          Panie jak jaskółki

          zlatują od herbat

          i od telefonów,

          z uśmiechem pytają

          co kiedy i komu!?

 

               Lecz gdybyś natrafił

               na niechętny typ,

               puszczasz serię w kaszę,

               jak ten, “Billy Kid !

 

Wtedy sam kierownik

migiem obsługuje,

poda książkę zażaleń,

lub wódką poczęstuje.

 

     A w urzędzie także,

     załatwią Ci sprawę,

     nie “trza” załącznika,

     ani iść na kawę!

 

          Fama się rozejdzie

          jak ta błyskawica,

          z dala już Cię widzą,

          domyślą co Ci trza”!

 

               Albo z drogi zejdą,

               sprzątną puste szklanki

               i pełna kultura,

               niema przebieranki!

 

Został tylko problem,

stróży bezpieczeństwa,

muszą szybciej strzelać

i mieć dużo szczęścia!

 

Kraków, 1988--1995rok ( poprawione)

 


 

 

7.6. Reserwat Indian Navajo

      (Monument Valley i Mexican Hat)

 

Po ciekawej drodze,

w Dolinie Pomników42,

Meksykański Kapelusz43

czeka na pątników!

 

 

 

 

 

     W tle stromego wzgórza,

     babki z czekolady,

     na wysmukłej skale,

     kapelusz uparty.

 

          Długo “On” już tak stoi,

          na szyji” podparty.

          Turyści wciąż Go oglądają,

          (czy to nie są żarty?).

 

               Wiatr Go” nie przewraca,

               mróz się go nie ima,

               a On ciągle stoi,

               równowagę trzyma!

 

Kiedyś wiatr Go” zdmuchnie,

(byle nie na ludzi!),

jedni z dala go obchodzą,

a filmują drudzy.

 

     W przydrożnym sklepiku,

     znowu niespodzianka,

     gdy szukamy prezentów,

     wchodzi Indianka”!

 

          Przecudna uroda,

          profil już klasyczny,

          nos orli, usteczka,

          krok majestatyczny,

 

               Krucze włosy długie,

               spojrzenie władczyni,

               ozdobiona pięknie,

               z wisiorkiem na szyi.

 

Przystaje, przegląda,

dobiera starannie,

choć w Jej pięknej kolekcji

złota też nie braknie!

 

     Tłum się nieco ożywia,

     nieznacznie przystaje,

     ale oczy śledzą,

     złoto i korale.

 

          Słychać szmer podziwu,

          panie przebierają,

          (a panowie chętniej,

          po portfel sięgają)!

 

               Piękność jeszcze tylko,

               schyla się za ladę,

               szybko coś kupuje

               i wychodzi nagle.

 

 

My też przeglądamy,

by wybrać pamiątki,

dla każdego coś trzeba,

 jakiś symbol skromny.

 

     Cały czas jedziemy

     terenem Nawajów”,

     niewielu ich w mieście,

     rezerwat swój mają.

 

          Step słońcem spalony,

          dym w dali się ściele,

          widać w rezerwacie,

          chodzą jakieś cienie,

 

               Indiańskie szałasy

               i małe koniki,

               stare auta, wraki,

               dalej znów step dziki!

 

Kraków grudzień 1997-y rok

 

 


 

8. Dziki Zachód

 

8.1. W drogę !

 

Gdy w garażu Dziadziuś spadł

obił sobie łokieć, zad...

Jak tu jechać na wycieczki?

Bolą rączki, bolą plecki?

 

      Trzeba się zmobilizować

      i do drogi się szykować!

      (Krzesło nie jest do skakania,

      ani kości do łamania).

 

           Doktor Jurek, chociaż syn,

           w swoim domu wiedzie prym:

 

                 Wszystkie niepotrzebne graty,

                 poukładać w kącie szafy!”

                 Jedne majtki i koszula”!

                 (Nawet gdybyś szedł do ula)?

 

Rozkaz krótki, bez wymówki:

“wstawać, czekać, bo dzień krótki,

ciepło jest zaplanowane,

nie ma o co robić lament!...”

 

     Jurek, Jurek, Jurek,

     Jurek wszystko wie!

     Będzie sucho no i ciepło,

     musi, co by nie!

 

          Wszystko jest zaplanowane

          i zamknięte już na amen.

          “Brać walizy, swoje graty,

          już zajechał Andrzej Fiatem”.

 

               Wnet lotnisko już przed nami,

               (a my swetry dopychamy!)

               Chociaż zakaz był wyraźny,

               lecz bez kurtek, los nasz marny!

 

Bo na mapie widać szczyt,

pięć tysięcy! (to nie wstyd),

a pod szczytem widać śnieg

i lodowiec chyba też.

 

     W Newark piękne jest lotnisko,

     nowoczesne no i blisko.

     Szybko teraz dojeżdżamy,

     terminale przemierzamy,

 

           Bramki, taśmy na walizy,

           przez tunele coraz bliżej,

           stewardesa miejsca wskaże,

           silnik ryczy jak cholera

           stewardesa pot ociera.

 

                 Już lecimy nad Torontem,

                 nad jeziorem, potem lądem.

                 Za Saint Paul jest już gratka,

 

Bo tam przeciesz jest przesiadka,

Salt Lake City49 i Mormoni

i Indianie ci czerwoni”!

 

     Ale o tym, będzie potem,

     o wycieczce słów za wiele,

     teraz będzie zakończenie:

 

          Salt Lake City, znów przed nami!

          Koniec z tymi wycieczkami.

 

                W dali Góry są Skaliste,

                trochę śniegu, dalej mglisto.

                Jak zwiedzamy tę świątynię,

                do lotniska cztery mile.

 

Trzeba jeszcze bagaż  nadać,

z samochodu rzeczy zabrać,

słychać warkot samolotu!

(Nasz poczeka, choć jest gotów)?

 

     “Za pięć minut odlot przecież,

     a Wy jeszcze lody jecie”!

 

          Salt Lake City, już pod nami,

          koniec z tymi wycieczkami!

          Rozpanoszyć się, to łatwo,

          skąd zielone zdobyć na to?

 

               A wracając do wycieczki,

               (już nie bolą nogi, plecki),

               że czasami przyznać hadko”,

               zasypiałem w wozie gładko.

 

Lecz kierownik żądał twardo,

zapisywać wszystko wartko,

każdy kanion, nocleg, brody,

litr benzyny, numer drogi,

 

 

     Miejscowości, odległości

     i spotkane znajomości!

     Raz to nawet pół godziny

     mogłem łowić gdzie bystrzyny!

 

                   Nie zawiodłem, swej ekipy,

                   pstrąg był piękny - I nie lichy.

 

Millburn, wrzesień 1992 rok

 

 

8.2. Utah, (Salt Lake City)

 

Gdy terminal opuszczamy,

Dodge” jest już przygotowany,

bak jest pełny, kluczyk w kasie,

tylko sprawdzić gdzie co, da się!

 

      A wracając do wycieczki,

      wspomnę znowu, nogi, plecki,

      że się trochę rozruszały,

      choć w fotelu spoczywały!

 

           Gorzej tylko jest ze spaniem

            i na łokciu opieraniem,

            albo jak przewrócić boczkiem,

            by nie oprzeć się tym łokciem.

 

                 Kierownicę mogę trzymać,

                 byle kamer się nie imać!

                 Są za ciężkie, nie wygodne,

                 a guziki jakieś modne?

 

Nie znam tego urządzenia,

szkoda zepsuć na jelenia.

Mam awersję do nowości,

wolę swój aparat prosty!

 

     Pan kierownik, (nie dziwota),

     znalazł we mnie, swego kota,

     mnie kieruje na pilota,

     na pisarza i dziennego kronikarza,

 

          Daje mapy, notes czysty

          i kamerę dla turysty”.

          A ja nie wiem, co jest grane!

          Gdzie jedziemy, gdzie jest spanie,

 

                Jaki program tej podróży,

                (może Babcia, nam powróży)?

                Ale teraz dosyć kpin,

                przyszedł Jurek, będzie Fin”.

 

 

Zaraz wszystko ustalamy,

cel, Grand Teton44 z jeleniami,

z Yellowstonem, z gejzerami,

Mammoth, łosie, rybne rzeki,

i bizonów pełne stepy.

 

      Potem znowu na południe,

      do Las Vegas, (tam jest cudnie)!

      Lecz w tej chwili wprost przed nami,

      Salt Lake City z Mormonami!

 

           Jeśli mamy przeżyć wczasy”,

           najważniejsze są zapasy,

           bo z pustynią to nie żarty,

           trzeba grać w otwarte karty!

 

                 W magazynach kupić trzeba :

                 chlebuś, masło i zakąski,

                 coś do picia, coś do chleba,

 

I maszynkę na gaz chyba,

a na mięso do “coolera47”,

dużo lodu zabrać trzeba!

 

     W wozie miło, (jak u Mamy),

     wszystkie rzeczy układamy

     i po kątach rozmieszczamy.

 

           Po raz wtóry program drogi,

           kto gdzie siedzi, dla wygody,

           kto tu będzie sekretarzem,

           kto kierowcą, kto kucharzem.

 

               Jurek, Jurek, Jurek!

               Jurek wszystko wie!

 

On “Itinerary” to ma w głowie,

(nic nam naprzód nie podpowie)!

Ale staje, tam gdzie trzeba

i wyjaśnia prosto z nieba,

 

     Wszystkie takie ciekawostki

     też z folderów, tak najprościej!

 

          Potem zjeżdża do motelu,

          lub campingu, czy hotelu,

          by po całodziennym trudzie,

          można spocząć w ciepłej “budzie”!

 

               Dni są teraz tak upalne,

               ale nocą bywa marnie.

               Czasem wiatry, deszcze, mgła,

               więc się dobrze wyspać “trza”!

 

My tu sobie gawędzimy,

a czas biegnie, już godziny

pozostały nam do celu

i pierwszego dziś motelu!

 

     Kawał drogi jest przed nami,

     więc bez zwłoki, wyruszamy!

     Nie ma też alternatywy,

     bo kierowca, jest jedyny!

 

          Gdyż ja wzorem Telimeny,

          prawo jazdy mam w kieszeni

          tam w Krakowie, w swoim domu.

          (Lecz nie mówcie nic, nikomu).

 

               A więc pilot? - Tak powiecie,

               a “itinerary48”, gdzie Twój przecie?

               Jurek już naciska gaz,

               autostrada czeka nas.

 

W rękę wpycha mi kamerę,

pokazując z boku cienie,

co bez przerwy nas mijają

i szacunku”, wymagają!

 

     Tak mijamy z prawej granie,

     purpurowe  krzaki na nich,

     z lewej, Słone jest Jezioro,

     a za wodą, też gór sporo.

 

          Nie wiem, za co się mam brać!

          Czy kamerą, wkoło prać”?

          Czy też pisać w tym notesie,

          co kupione, co dzień niesie.

 

               Jak ułożyć to dokładnie,

               żeby zdążyć, nic nie zgubić,

               co na pewno będziem lubić!

 

Lecz najgorsze to te nazwy,

po angielsku, po indiańsku,

po francusku, lub hiszpańsku!

Całkiem się w tym można zgubić.

 

     Potem pamięć musisz trudzić,

     jeśli nie zapiszesz w lot,

     to za chwilę będzie knot!

 

          Trzeba będzie w mapach szperać,

          trasę tyczyć, nazwy zbierać!

          Tu postoje, tu benzyna,

          wtedy to się “kupy” trzyma.

 

 

               Ale przecież się nie damy,

               na bok z tymi kamerami!

               (Chociaż w domu, przyznać muszę,

               obraz z kamer tak mię wzruszył,

               najmniejszego porównania,

               do tych fotek oglądania!)

 


 

 

8.3. Idaho

 

Gdy minęło godzin parę,

już wjeżdżamy w piękną sprawę!

Duży parking na nas czeka,

za parkingiem, cud nie rzeka.

 

     To Snake River50, park natury,

     widok nań jest piękny z góry.

     Jurek kręci już kamerą,

     a ja fotki. (I co z tego).

 

          Nie wiem, jak to w notes wpiszę,

          jaka nazwa, chociaż słyszę.

          (Pewno w kiosku są foldery,

          za dwa “dolce”, lub za cztery).

 

               Zatem potem będzie czas,

               skorygować jeszcze raz!

               Coraz piękniej jest wokoło,

               nadjeżdżamy nad jezioro,

 

Droga górą, a nad drogą,

piękne szczyty, lasy, góry,

błękit nieba i różowe skały z lewa,

zieleń wody, krzak purpury,

a tam dalej, nawet chmury!

 

 

     Całkiem w dole czysta tafla,

     a na tafli jeszcze raz,

     co na górze, w dole masz!

 

          Na obrzeżach są dwie plaże

          pośród drzew, to kamping marzeń!

          Cud Ameryka, cud!

 

               Jurek śmieje się już z nas,

               do noclegu jeszcze czas!

               Prawie setka jest przed nami,

               a my, kamping obmyślamy.

 

Przypomina telefony,

no i nocleg zamówiony.

W Pocatello51 motel mamy,

tam się dzisiaj zatrzymamy.

 

     Tam się trzeba przepakować,

     letnią odzież pod spód schować,

     już za Jackson51 są lodowce,

     będą wiatry, zimne noce,

 

          Trzeba powyciągać koce,

          poubierać kurtki, swetry,

          mieć pod ręką czapki, szale,

          obok siedzeń (lecz nie dalej)!

 

 

 

8.4. Pocatello

 

Nocleg był tam dziwnie swojski,

mówiąc prosto, prawie polski.

Babcia śpiąca”, już wjeżdżała

i się kołdrą owijała.

 

     Choć hotelarz głową kiwał,

     to nad ceną coś wydziwiał.

     A nam było tak wesoło,

     gdy on dreptał tylko wkoło.

 

           Buda jego całkiem stara,

           ledwo kupy” się trzymała!

           Lecz innego lokum brak,

           wróbel w garści, to też ptak!


 

8.5. Wyoming, Wspaniały Teton

 

Rano wcześnie wyjeżdżamy,

bagaż już przepakowany,

teraz góry wprost przed nami,

czapki, swetry, ubieramy.

 

     Chociaż jeszcze pełnia lata,

     lecz wysokość nie byle jaka,

     dwa tysiące jest od morza,

     a od drogi, Tatry dodać!

 

          Jackson centrum to zimowe,

          turystyczne, kolorowe,

          narty, konie tam wierzchowe,

          blisko Teton z Yellowston-em.

 

               Bramy z rogów zbudowane,

               wejścia parków ozdabiane.

               Ale my nie mamy czasu,

               coraz pilniej nam do lasów.

 

Lecz nic z tego, tak się zdaje,

bo przez asfalt, (na komendę?),

przebiegają stada pędem!

 

 

     Czy wędrówka to poranna?

     Czy jesienna przepychanka?

     Stare byki, młode łanie,

     chyba spieszą na zebranie”!

 

          Gdy tak stojąc z boku szosy,

          robiąc zdjęcia co się zmieści,

          naliczyłem ich z czterdzieści!

 

               Już widziałem Indian strzały,

               tętent kopyt i wigwamy!

               Lecz to tylko sen, złudzenie,

               a tu, sarny i jelenie.

 

Długo jeszcze tak leciały,

korzystając z przerwy małej,

wyruszamy wolno dalej.

 

     Z tyłu widać jak pod lasem,

     nowe stada się skradają

     i we mgle rannej rozpływają.

 

          A przed nami szczyty w chmurach,

          śniegi w żlebach, w Teton górach.

          Tam to raj jest dla narciarzy,

          alpinistów, żądnych wrażeń.

 

               Jurek łapie za kamerę,

               wsiada na prom i szaleje.

               Spina się po dzikich żlebach,

               wodospadach i strumieniach.

 

 

 

 

Doszukuje się widoków,

Czarnych Stawów, Morskich Oków!

Aż tu nagle o radości,

coś wychyla się z zarośli!

 

     Dwie łopaty, głowa siwa,

     tak to klempa52, liście zrywa!

     Gdy już ją kamera chwyci,

     trzeba wracać, - lecą chmury!

 

          Gdzieś po szczytach, grad, pioruny,

          śnieżna zamieć, wichry wyją,

          nic nie widać czy prom czeka,

          siadać szybko, czas ucieka!

 

               W wozie czeka Nań ekipa,

               najedzona już do syta.

               A po chwili, gdy ruszamy

               góry z lewej, za oknami,

 

We mgle szczyty ośnieżone,

a przed nami las i pole,

tam granica z Yellowstonem.

 

      Jeszcze tylko panorama:

      na “Mount Signal53” wyjeżdżamy,

      Zachód słońca i obłoki,

      w tle Grand Teton na widoku,

 

           Przez dolinę, wzgórza, stoki,

           widać zarys gór uskoku,

           miejsc zapadlin i wybrzuszeń

           tektonicznych ruchów ziemi.

         

Trochę dalej, całkiem z boku,

duże osuwisko w stoku!

Słynna niedawnymi laty,

utworzywszy tu jezioro,

pękła samorodna tama,

 

      Tocząc masy wody, błoto,

      zniosła wszystko co po drodze,

      miasto Kelly, mosty, drogi,

      topiąc ludzi i zwierzęta,

      lecz kto o tym, dziś pamięta!

 

 

8.6. Yellowstone

 

Od granicy z Yellowstonem,

zbocza leśne popalone,

sterczą w górę pnie, kikuty,

osty szare, step zaś dziki,

 

     Czarne szpilki najeżone,

     a po środku, stare byki,

     skubią trawę, łby schylone,

     to bizony samotniki.

 

          Straszny pożar przeszedł tędy,

          samoistny naturalny,

          pewnie od pioruna, burzy,

          strawił wszystko nim się zdławił.

 

 

 

 

               Zakaz ingerencji ludzkiej,

               tak w zasadzie bezlitosny,

               ale zgodny jest z naturą

               co odwiecznie światem rządzi!

 

Ręka ludzka tworzy parki

by zachować mateczniki,

by poznawać, obserwować,

cud natury i pradzieje.

 

     Znów jezioro, co krok dymek,

     czas na postój, odpoczynek.

     Błoto w ziemi się gotuje,

     czasem w górę maź wypluje.

 

          W nosie kręci zapach siarki,

          jak w piekiełku, (to nie żarty!),

          apetytu nie dodaje, jemy szybko

          znowu dalej, znowu dalej.

 

               Co mil parę przystajemy,

               tam gdzie punkty widokowe,

               objaśnienia rzadkich tworów,

               tam też nazwy  naukowe.

 

Oczka wodne z ptactwem dzikim,

łosie widać na mokradłach,

a pod  Mostem54 duże ryby

krążą ławą - defilada?

 

     Rozdział wód kontynentalnych,

     tu na szczytach się zaczyna,

     do dwóch różnych oceanów,

     opadowa woda spływa.

 

          Długi piękny kanion rzeki,

          to “Tęczowa jest dolinka54”,

          tam wysokie wodospady,

          z dwustu metrów woda sfruwa.

 

               Dalej na odcinku płaskim,

               jest oaza dla wędkarzy,

               stoją w nurtach Yellowston-u

               i polują na okazy.

 

Choć spieszymy do noclegu,

(motel w Mamoth45 zamówiony),

tu wieżowy jest wodospad,

tu na ścieżce znów bizony.

 

 

 

 

     W Mamoth, potok ciepłej wody

     tworzy tu tarasy całe,

     które schodzą kaskadami,

     zostawiając marmur biały.

 

          Nocleg w domkach kampingowych,

          pośród krzewów i zieleni.

          Pod oknami w nocy cicho,

          stada saren i jeleni.

             

               Rano dla nas przy motelu,

               stół jest szwedzki zastawiony,

               szkoda czasu, jemy szybko

               i spowrotem do Yellowston-u.

 

To granica jest północna,

Stan Montana na tablicy,

miasto Gardner nie ciekawe,

więc jedziemy dalej, dalej.

 

     Teraz powrót drugą stroną,

     najciekawsza, moc gejzerów,

     tu też Centrum widokowe,

     bar, hotele, tłum turystów.

 

          Siedzą tu za szklaną ścianą,

          piją piwo, dżin, lub colę

          i czekają na megafon,

          jak ogłosi, startu porę.

 

               Tłum się zbiera i wychodzi,

               gdy śnieżyca, część zostaje,

               by przez szyby i bezpiecznie,

               ciągnąć piwo, lub coktajle.

 

Na pomostach z odległości,

każdy szuka miejsc dogodnych

by kamerą, aparatem

jak najleprzy obraz zdobyć.

 

     Geyser Steamboat54 raz do roku

     strzela w górę regularnie,

     a erupcje, wszystkie większe

     są w programach przewidziane.

 

          Dalej piękne widowisko,

          przy przejeździe obok z lasu,

          wyszedł sobie jeleń duży,

          krok za krokiem - skubie trawę.

             

 

 

 

 

 

 

 

               Gdy stajemy zachwyceni

               byk ogromny, okazały

               wchodzi w wodę, pije długo

               i spokojnie na nas wali.

 

 

 

 

Z okien szybko otwieranych,

aparatem i kamerą,

utrwalamy łeb dostojny

i królewskie wieńce jego.

 

     Znów się zbliża, skubie trawę,

     patrzy bystro w naszą stronę,

     (trwogi nie ma), wychodzimy

     i robimy zdjęcia z bliska!

 

          Nam czas jechać! - (Nie wypada!?)

          Wreszcie byk unosi głowę,

          mija bokiem nasz samochód

          i za krzaki, w swoją drogę.

 

               Tylko jeszcze to poroże

               raz pokaże, potem znika.

               Dalej znów “Rycząca góra54”,

               całe zbocze dymi, pluska.

 

W dali, biegnie mały jeleń,

kojot w trawie drogi szuka.

My ruszamy w dalszą drogę,

poprzez Utah na południe.

 

           Koło drogi górska rzeka,

           czysta, bystra, “dunajecka”,

           mały postój na śniadanie,

           więc spróbuję wędkę na niej.

 

                Kilka rzutów i już ryba,

                pstrąg na trawie się podrywa.

                Nie ma czasu na gustacje,

                trzeba czekać na kolację!

 

Nocleg w Ogden po podróży,

pstrąg z patelni (bardzo duży)!

Trzy osoby się nakarmią,

(ale nie ma nic, za darmo?).

 

      Trzeba podlać dla rozgrzewki,

      pierwszą rybę, (nie przelewki)!

      Rano droga bez przystanków

      i na wieczór już jest Panquich.

 

Millburn maj 1998 rok                       

 


 

8.7. Kanion Bryce

 

Mamy jeszcze trochę czasu,

by “Bryce Canyon55” też zobaczyć,

tuż przed nocą, to atrakcja,

zmiana wrażeń...i kolacja.

 

     Gdy jedziemy wzdłuż “Red River56”,

     ziemia, krzaki purpurowe,

     sterczą w niebo dziwne stwory,

     w oczach bryły kolorowe.

 

          Stoją równo jak w szeregu,

          ni kolumny, ni postacie,

          na krztałt buław, do zabawy,

          przez mocarzy sformowanych.

 

               Wcześnie rano wyruszamy,

               znów Red River jest przed nami,

               coraz wyżej pniemy w górę,

               całe ściany są w purpurze.

 

 

 

 

 

 

Coraz więcej rzeźb jest z boku,

w jednym stylu stoją obok.

Tu “Sierotka” jest Marysia,

tu “Plotkary” cicho plotą?

 

     “Głowa młota”, sterczy w górze,

     tak jak wszystko, jest w purpurze.

     W jednym stylu i kolorze,

     całe lasy - sople może?

 

          Jakby sople odwrócone,

          stalagmity w pięknej pozie,

          a wysokie kilka pięter,

          między nimi sosny wielkie.

 

               Albo boska szachownica,

               pełno “królów”, “pionków”, “dam”.

               To magazyn figur zbitych,

               tu złożonych, zbitych tam?

 

 

 

 

Na nic zdają się domysły,

bo z "balkonu" widać wszystko!

Szachownicy niema tam,

nie ma królów, ani dam.


 

 

 

     To dolina Bryce zwana,

     aż do horyzontu kresu,

     wszędzie w górę sterczą głowy,

     każda inna, choćby nieco.

 

          Jakby wojsko tu zebrane,

          czeka wodza, by iść dalej?

          Wszyscy stoją jak zaklęci,

          setki latek, może więcej?

 

 Millburn kwiecień 1998 rok

 


 

8.8. Park Zion

 

Dalej Utah, znowu droga,

tak wjeżdżamy między skały.

Wjazd do Parku światła, straże,

tunel długi milę prawie.

 

     A wokoło, stożki skalne,

     Parku Zion57 są symbolem,

     zbocza ciemne, naturalne,

     w szachownicę naznaczone.

 

 

          Tu Mormonów przystań była,

          przed uciskiem ludzi wschodu,

          w nazwie “Dziki” pozostała,

          tu legenda jest “Zachodu”.

 

               Parking, bar, a w drzewach cienie,

               dla turystów chętnych schody,

               stąd widoki, główne szczyty,

               zasadnicze parku człony.

 

Wszystkie nazwy z “Testamentu”,

każde inne, wszystkie święte,

stąd ten “Syjon” w nazwie parku,

stąd imiona “Patryjarchów58”.

 

     Wjazd do Zion między góry,

     wielkie, groźne, bloki skalne,

     wszystkie wiszą nad doliną,

     przy nich człek wygląda marnie.

 

    

 

 

 

          Najciekawsza jest “Kotlina”,

          płynie potok, drogi niema,

          ale wszyscy ci turyści,

          idą w wodę, tak jak przyszli.

               Iść do źródeł, piękna sprawa,

               woda czysta, dno jak skała.

               Ściany z boków coraz wyższe,

               to pionowe, to obwisłe.

 

W razie burzy ciężka sprawa,

groźnie kończy się wyprawa.

A ratunek tylko w biegu,

kto nie zdąży, koniec jego!

 

 

 

 

     Tak niedawno tutaj było,

     kilku śmiałków nie wróciło.

     Nie zdążyli uciec w porę,

     przed płynącym z gór potokiem!

 

          Kanion wąski, ściany śliskie,

          Potok płytki, ale bystry,

          nigdzie półki ni schronienia,

          to bez biegu, wyjścia niema.

 

               Lecz pogoda dziś wspaniała,

               Jureczkowi się udała,

               może w górę powędrować

               i kotlinkę  “spenetrować”.

 

Iść z młodzieżą, ciężka sprawa,

dla nas ścieżka, spacer, trawa,

na poboczach piękne kwiaty,

nie szarotki, ani maki,

 

 

 

 

     Rosną w skałach, kwiat czerwony,

     liście grube, owłosione.

     Objeżdżamy z drugiej strony,

     ten rezerwat udziwniony.

 

 

 

 

 

          Nocleg na kampingu twardym,

          namiot rozbić tu nie żarty.

          Babcia woli w mikrobusie,

          bo bezpieczniej, ciepło, ciszej.

 

               Można zamknąć drzwi na klucze,

               śpi się twardo i bez wzruszeń,

               a na zewnątrz, “niebezpiecznie”,

               chodzą myszki, coś tam jeszcze.

 

 Millburn maj 1998 rok

 

 


 

8.9. Dolina Śmierci

 

Rankiem z Zion nie ma śladu,

Kalifornia do obiadu.

Pod Las Vegas obiad słynny,

z kowboyami, z ginem zimnym.

 

     Dalej w drodze przerwa mała,

     równa droga i nie ślisko,

     a tu nagle zbiegowisko!

     Choć pustynia równa cała,

     nie ma ruchu - leżą ciała.

 

          Tir z naczepą, rozbabrany,

          dach i ściany popękane,

          koła w górze, towar w stepie,

          a na jezdni, też nie lepiej.

 

               Z dala nic nie widać prawie,

               tylko auta na sygnale!

               Trzeba czekać, “władza” działa,

               sprząta jezdnie, zbiera ciała.

 

Helikopter spływa z góry,

bierze rannych, znowu w chmury!

Już jedziemy pomalutku,

nie możemy ukryć smutku.

 

     Dojeżdżamy do granicy,

     tu “Death Valley59” na tablicy.

     Zjazd z przełęczy niezbyt stromy,

     z dołu bije żar ogromny.

 

 

 

 

 

          Wicher toczy krzaki stepu,

          trudno ustać, brak oddechu.

          Dalej rancho i muzeum,

          Tourist Center, moc folderów.

 

        

 

           

              Resztki kopalń i narzędzi,

               tu parowóz na uwięzi!

               My zjeżdżamy coraz niżej,

               dno depresji, błota bliżej.


 

 

 

 

Potem zdjęcia na tle błota

pod tablicą na niej "kota":

To najniższy punkt na ziemi!

To “BAD WATER 60”- 86 m.p.p.m.

 

     W dali piękne jest osiedle,

     lecz w Las Vegas

     wszystko zblednie!

 

Kraków czerwiec 1997 rok.

 

 


 

8.10. Znów Nevada

  (Las Vegas nocą)

 

Coraz szybciej przejeżdżamy,

lecz wjazd nocą planowany,

sztuczne światła reflektory,

wtedy efekt jest wiadomy.

 

     Teraz mamy czas do zmierzchu,

     by Las Vegas powitać nocą,

     wtedy cały oświetlony,

     wtedy tłumy walą szosą.

 

          Wszyscy w stronę promenady,

          tylko ta się tutaj liczy,

          tylko hazard, tylko granie,

          tutaj mieszkań niema wcale!

 

               Okna kasyn się migocą

               i do środka gości proszą.

               Do wyboru, do koloru,

               według konta i humoru!

 

Tu karciarze się zbierają,

tu do “seksu” namawiają.

Naganiacze coś rozdają,

coś tłumaczą, zapraszają.

 

     My stajemy pod “Mirage-em61”,

     pałac rzymski, palmy, stawy

     i fontanny!

     (Wnet je czeka koniec marny?)

 

          Już w programie jest wpisana,

          chwila trwogi na wulkanie!

          Być w Las Vegas bez “trzęsienia”?

          To nie warto i bez wrażenia!

 

               Zanim wypijemy piwo,

               ziemia zadrży i o dziwo,

               przed kasynem gdzie fontanna,

               zamiast wody, ogień w wannach!

 

Coraz wyżej ogień tryska,

coraz bliżej iskra pryska,

coraz szerzej spływa lawa,

coraz głośniej trwa zabawa.

 

      “Pałac rzymski” już się pali,

      lecz “Casino” się nie wali,

      trwa loteria dla znudzonych,

      trwa męczarnia zrozpaczonych.

 

           Nie dla wszystkich los się ściele,

           Biją dzwony, gdzieś w kościele!

           Tłum turystów ze szklankami,

           a na twarzach z wypiekami,

 

                 Śledzi karty już rozdane,

                 czeka szczęścia, lub przegranej.

                 Są tam również “Ci” znudzeni,

                 spleen na twarzy, oczy w ziemi.

 

Lud po trawce się przewala,

albo siedzi po lokalach.

Robią zdjęcia, piją piwo,

rozprawiają ze sobą żywo.

 

     Na asfalcie defilada,

     sznur pojazdów się przekrada,

     z krańców świata, wszystkie rasy,

     (wszyscy pchają się do kasy!).

 

          My po chwili się włączamy,

          lecz wjeżdżamy coraz dalej.

          No bo w centrum, wielka gala:

 

               Tu zameczek, a tu hala,

               Tu blok duży, wieża mała,

               motel, grzyby, tu ślimaczek,

               z boku Marysienka płacze!

Wszędzie tłumy podniecone,

pełno reklam rozwieszonych,

naganiacze coś wręczają,

 

     Na seanse” zapraszają,

     zaproszenia ze zdjęciami,

     nie brzydkimi panienkami!

 

          A tymczasem tłum się bawi

          i potrąca się szklankami,

          ziemia dalej drży w posadach,

          a z fontanny, spływa lawa!

 

               Ogień z wodą, w jednej wannie,

               ogień górą, lawa na dnie,

               a turyści ze szklankami,

               patrzą jak się ziemia pali.

 

Jak za Rzymu, w tej Pompeji,

od wulkanu Wezuwjusza,

całe miasto znikło w ziemi!

Tu, mizerna to jest sztuka!

 

     Lecz zagłady tych pałaców,

     nie należy prowokować,

     Tyle pracy i zachodu,

     drogo może to kosztować!

 

 

          Ale tutaj nie wypada,

          ganić innych, - lecz filmować!

          Przed potężnym, jasnym, blokiem,

          wnet stajemy z turystami.

 

               Trzeba zmierzyć się ze szczęściem,

               co w “zielonych”, jest schowane!

               Na nic modły i zaklęcia,

               nikt z nas, nie miał dzisiaj szczęścia!

 

Tak, że bilon i żetony,

pochłonęły sprytne stwory”!

Wszędzie widać tych krupierów

ściągających z sukna żeton.

 

     Lecz najwięcej jest “frajerów”,

     szukających tutaj szczęścia,

     wypatrują z nieba manny,

     która im na pewno spadnie?

 

          Syci wrażeń, z pustą kiesą,

          czas nam szukać gdzieś noclegu!

          Niedaleko jest jezioro,

          tam kampingów różnych sporo.

              

               Późną nocą dojeżdżamy,

               duży kamping,  jakieś bramy,

               bez portiera, bez obsługi,

               jakieś skrzynki i napisy.

 

Trzeba tylko guzik wcisnąć,

podać konto, coś” przycisnąć,

wpisać wszystko, na blankiecie:

Drzwi się same otwierają,

miejsce piękne, - no to spanie!

 

     Rano biegnę nad jezioro,

     może jaka gruba ryba,

     na posiłek się nam przyda!

 

          Lecz na wędkę, nic nie “biorą”,

          a śniadanie czeka wraz,

          no i w drogę znowu czas!

 

               Już Lake Mead62 jest za nami,

               teraz nas Grand Canyon mami.

               Tak jedziemy godzinami,

               wciąż do baku dolewamy.

 

Wkoło ziemia jest czerwona,

w zboczach górskich i załomach.

Liście krzewów purpurowe,

tylko szczyty zabielone!

 

     Z dala widać ruchu wiele,

     auta, domy i hotele.

     Pasów jezdnych coraz więcej,

     coraz luźniej, coraz prędzej.

 

          Nagle widzę jak przed nami,

          sunie srebrny “pocisk” w Wanie63.

          Jedzie prawym pasem szybko,

          a zajeżdża nam już blisko!

 

               Tak zajęty czułą mową,

               skręca w lewo, kręcąc głową.

               Pani śmieje się do niego cudnie,

               a on jeszcze, na południe.

 

Cały czas zajęty mową,

pali cygar, błyszczy złoto,

nic nie widzi, nic nie słyszy,

(bo się do hotelu spieszy!).

 

     Krzyczę: Jurek!... Jurek blednie,

     za hamulce... i bezwiednie

     skręca w lewo, pisk opony,

     wóz się chwieje, lecą graty,

 

          Lecz ucieka na pobocze,

          dobrze... pusto jest na drodze!

          Już stoimy przy hotelu,

          obok pana szczęśliwego”!

 

               Milimetry nam zostały,

               ale oba wozy całe,

               przyciśnięci wóz do wozu,

               z piskiem opon, z kurzem wokół!

 

Gdy stajemy, “pan” truchleje,

pali “cygar”, pani mdleje,

nie wie nawet, co się dzieje.

Nic ze siebie nie wyksztusi,

że dziękuje - też nie musi!!!

 

     Jurek mu dziękuje pięknie,

     tak zostało powiedzenie,

     że dziękuję za dziękuję”!

     (Nie za wiele, lecz kosztuje!)

 

          Dalsza droga już w milczeniu,

          bardzo blisko jest do celu.

 

Łęg 12 sierpień 1997 rok                 

         

 

 


 

8.11. Wielki Kanion Kolorado

 

Gdy stajemy na park